Hajdarowicz bowiem jasno i wyraźnie pokazuje, co można zrobić z dziennikarzami, redaktorami naczelnymi i całymi – nawet najbardziej zasłużonymi i wpisanymi w polską rzeczywistość – tytułami, jeśli te zdecydują się na przeciwstawienie się władzy, opublikują informacje niewygodne dla realnie kierujących państwem. Ich zniszczenie będzie straszne, i żadne straty wizerunkowe czy finansowe nie powstrzymają karzącego ramienia sprawiedliwości przed dopadnięciem niepokornych dziennikarzy i tytułów.
Kolejne decyzje pokazują to zupełnie jasno. Po zmienianych oświadczeniach (w istocie niepotrzebnych, bo nawet studenci dziennikarstwa widzą, że po konferencji prokuratury „Rzeczpolita” niczego nie musiała odwoływać), wywiadach udzielanych rozmaitym tytułom przez Hajdarowicza i wreszcie po dzisiejszym dodatku, nie ma już wątpliwości, że Hajdarowicz zniszczył swój tytuł. A dodatkowo zniszczył polskie dziennikarstwo śledcze. Diennikarz czy redaktor naczelny, który decyduje się na ujawnienie niewygodnych dla władzy informacji (jeśli nie pracuje w mediach drugiego obiegu – we Fronda.pl, „Gazecie Polskiej”, „Gazecie Polskiej Codziennie” itp.) powinien się liczyć z podobnymi konsekwencjami od swoich pracodawców, szczególnie jeśli ci zależni są w jakimś stopniu od zamówień publicznych czy kredytów.
I mam coraz poważniejsze podejrzenia, że właśnie o to chodziło w postępowaniu Hajdarowicza. Trudno bowiem dopatrzeć się w jego programie systemowego niszczenia „Rzeczpospolitej”, który przynosi mu wyłącznie straty – zarówno wizerunkowe, jak i finansowe – jakiegoś innego zamysłu. A jakoś nie wierzę, żeby Hajdarowicz zwyczajnie lubił rozwalać kupowane przez siebie,za pożyczoną kasę, tytuły.
Tomasz P. Terlikowski
