Prawo do bycia uśmierconym przez lekarza (czyli do eutanazji) nie zostało jeszcze włączone do katalogu „świętych” i przyrodzonych praw człowieka. ONZ, Unicef i Komisja Europejska nie uznała, że człowiek posiada prawa godnościowe, których istotą miałoby być przymuszanie lekarzy do wykonywania na nim zabiegu eutanazji. Obserwując jednak współczesną cywilizację można nie mieć wielkich wątpliwości, że taki moment przyjdzie. W debacie o aborcji też zaczynało się od wskazania absolutnych wyjątków, w których prawo musi odstąpić od karania lekarza i kobiety, a z czasem ukształtowały się prawa reprodukcyjne, których istotą jest „prawo” kobiety do likwidacji swojego dziecka. Po drodze było przypomnienie o prawie do własnego brzucha, a także rozszerzanie uprawnienia do aborcji na kolejne grupy.
Kolejni „uprawnieni” do śmierci
I właśnie na tym pośrednim etapie jesteśmy obecnie w przypadku debaty nad eutanazją. Holendersy i belgijscy bioetycy pracują nad poszerzenie listy osób uprawnionych do „dobrej śmierci”. Na razie prawne decyzje dopuszczają do nich tylko ludzi w pełni świadomych, śmiertelnie chorych i trzykrotnie, dobrowolnie proszących o śmierć. Ale teoria ta niewiele ma wspólnego z praktyką. Już teraz bowiem zabija się w Holandii osoby z Alzheimerem, które niewątpliwie nie są śmiertelnie chore, a jedynym wskazaniem do uśmiercenie pozostaje wola wypowiedziana, zanim straciły one kontakt z otoczeniem. Tak było z pierwszą, oficjalnie eutanazjowaną z powodu Alzheimera Guusje de Koning, która gdy dowiedziała się o tym, że cierpi na tę chorobę miała powiedzieć, że nie chce cierpieć. I w oparciu o taką wypowiedź dokonano jej eutanazji, gdy tylko straciła kontakt z otoczeniem.
Takich „zabiegów” dokonanych zostało w 2010 roku w Holandii dwadzieścia jeden. A wiele wskazuje na to, że na tym się nie skończy, bowiem moraliści i prawnicy coraz częściej uznają za absolutną konieczność rozszerzenie prawnej dostępności eutanazji na kolejne grupy. Belgijska polityk, a obecnie przewodnicząca Belgijskiego Liberalnego Stowarzyszenia Humanistycznego Jacinta De Roeck przekonuje, że prawo eutanazyjne powinno objąć ludzi z upośledzeniem intelektualnym, dzieci oraz osoby z demencją. - Nie możemy zaakceptować sytuacji, w której część z ludzi jest całkowicie wykluczona z możliwości samodecydowania o własnym życiu i śmierci – podkreśla była senator, a obecnie działaczka eutanazyjna. Jeszcze dalej poszedł prof. Jacob Appel z Brown University w Providence, który uznał, że racjonalne będzie przyznanie prawa do eutanazji osobom w depresji...
Takie rozstrzygnięcia prawne w istocie oznaczają odrzucenie założenia, że eutanazja powinna być śmiercią dobrowolną. Osoby w depresji, chore psychicznie czy dzieci zwyczajnie nie są w stanie wyrazić woli śmierci. Jeśli się je zatem uśmierca, to nie ma to nic wspólnego z eutanazją a jest zwyczajnym zabójstwem chorego. Zabójstwem zresztą najczęściej motywowanym ekonomicznie. Zwolennicy eutanazji bowiem, choć zazwyczaj mają pełne gęby frazesów, na końcu zawsze przyznają, że istotnym wskazaniem do „dobrej śmierci” jest fakt, że leczenie osoby w ostatniej fazie życia (podobnie jak chorej psychicznie czy w depresji) jest o wiele droższe, niż ostateczne rozwiązanie jej problemu.
Uśmiercani niezgodnie z przepisami
Dyskusja, dyskusją, a już teraz pomysły postępowych bioetyków są wprowadzane w życie. W Szwajcarii, za odpowiednią opłatą, można pozbawić życia także osoby z depresją. W ten sposób skończył ze sobą znany włoski pisarz i działacz polityczny Lucio Magri, który w dokumentach złożonych w szwajcarskiej klinice wyjaśniał, że przyczyną decyzji o eutanazji jest depresja, jaką przeżywa po śmierci żony... W tym przypadku jednak chory przynajmniej sam zapłacić za „zabiegi”, co można uznać za pewien, choć mocno ograniczony, akt woli. W Belgii jednak często eutanazji dokonuje się bez pytania chorego o zdanie.
Wykazały to niezwykle boleśnie badania przeprowadzone między czerwcem a listopadem 2007 r. W tym okresie wykonano w placówkach objętych badaniem 208 przypadków eutanazji. 142 osoby zostały pozbawione życia „na wyraźne życzenie”, ale 66 osób zabito bez ich zgody. Pacjenci zabici wbrew własnej woli mieli, co także odnotowano w badaniach, nadzieję na to, że lekarze podejmą działania ratujące im życie. I nie ma w tym nic zaskakującego, bowiem nikt z nimi nie rozmawiał o eutanazji i nikt im jej nie proponował. Takie same wskaźniki „niedobrowolnych śmierci” występują także w Holandii czy Luksemburgu. I nie powinno to zaskakiwać, bowiem kryptanazję (czyli właśnie niedobrowolną eutanazję) miało na swoim koncie – i to jeszcze zanim zalegalizowano eutanazję w Holandii – aż 41 procent tamtejszych lekarzy pierwszego kontaktu. 81 procent z nich przyznało się zaś do dokonania „zwyczajnej” eutanazji za zgodą pacjenta.
Przymuszani do śmierci
Te statystyki odnoszą się jednak wyłącznie do osób zabitych wbrew ich woli, nie zawierają natomiast tych, którzy – choć formalnie wolę śmierci wyrazili – to nie był to akt w pełni dobrowolny, ale wymuszony przez lekarzy czy rodzinę. A takich też wciąż przybywa. Z badań przeprowadzonych przez Jeremy'ego Pricharda, kryminologa z Uniwersytetu w Tasmanii wynika zupełnie jednoznacznie, że o ile zamożni i dobrze wykształceni mogą rzeczywiście liczyć na to, że nikt ich do eutanazji zmuszać czy choćby skłaniać nie będzie, to z uboższymi, czy choćby tylko gorzej wykształconymi jest inaczej. Na wielu z nich wywierana jest presja, by przestali ograniczać swoje dzieci czy zmuszać je do pokrywania kosztów ich leczenia. Schorowany, cierpiący człowiek często zmuszony jest traktować takie uwagi ze śmiertelną powagą i dlatego decyduje się na eutanazję.
Badania Pricharda potwierdzają obserwacje dr Zbigniewa Żylicza, lekarza z Polski, który jest założycielem pierwszego w Holandii hospicjum. Jego zdaniem 80 proc. osób, które poprosiły o eutanazję, kiedy objęto je opieką paliatywną, zmieniły zdanie. Willy Ebbers, przełożona pielęgniarek w hospicjum Zeisterwoude, opowiadała przed ośmiu laty "Wprost", że żaden z pacjentów, który życzył sobie eutanazji, a później trafił do jej ośrodka, po otrzymaniu pomocy i opieki nie ponawiał już prośby o uśmiercenie. - Kiedyś przez pół godziny rozmawiałem z nowo przywiezionym pacjentem, któremu nie chciało się żyć. Później ze łzami w oczach dziękował mi za przywrócenie mu woli życia. Po prostu wcześniej nikt z nim serdecznie nie porozmawiał - mówił „Wprost” dr Żylicz.
Ucieczka przed „dobrodziejstwem” eutanazji
Świadomość takich niebezpieczeństw związanych z eutanazją mają już najbardziej nią zainteresowani, czyli osoby starsze i chore. Gdy w Wielkiej Brytanii zaczęto się zastanawiać nad legalizacją zabijania chorych instytut Scope zapytał niepełnosprawnych, czy nie obawia się wprowadzenia nowego prawa. Wyniki były jednoznaczne. 70 procent obawiało się, że jeśli w Wielkiej Brytanii zmienione zostanie prawo, tak by eutanazja była legalna, to na niepełnosprawnych wywierana będzie presja, by zakończyli swoje życie przed czasem. Jedna trzecia z niepełnosprawnych wyraża zaś obawę, że takie naciski mogą być wywierane na nich osobiście. 56 procent badanych jest też zdania, że legalizacja zabijania chorych byłaby szkodliwa dla postrzegania niepełnosprawności w społeczeństwie. - Osoby niepełnosprawne już teraz obawiają się, że uznanie przez ludzi ich życia za niegodne przeżycia może przyczynić się do nacisków, by zakończyli je oni wcześniej – podkreśla Richard Hawkes, dyrektor wykonawczy Scope. A inni obrońcy życia dodają, że te badania pokazują, że najczęstszymi zwolennikami zabijania chorych są zdrowi i bogaci. – Chorzy chcą po prostu, by pomóc im dobrze przeżyć życie i pozwolić naturalnie umrzeć – zaznacza Anthony Ozimic ze SPUC Pro-Life. Naturalna śmierć oznacza zaś śmierć bez nacisków i przymusu... Czyli bez eutanazji.

