Taki opis sytuacji nie jest oszołomstwem, ale faktem. Wierzyć w to, że facet o charyzmie mopa od szczotki, czyli niejaki pan van Rompuy ma cokolwiek do powiedzenia w Unii mogą tylko ślepcy. A tylko ludzie kompletnie nie rozumiejący współczesnej polityki mogą przypuszczać, że Bruksela rzeczywiście decyduje o kwestiach istotnych. I jeśli zgadzamy się, co do tych faktów, a trudno się, co do nich nie zgodzić, to mamy świadomość, że rekonstrukcja Unii oznacza w istocie już całkowicie otwarte podporządkowanie jej Niemcom. Uczciwość wymaga powiedzenia tego otwarcie.

 

Oczywiście polskie władze (podobnie jak inne władze niemieckie) mogą uznawać, że Berlin lepiej zabezpieczy socjalnie czy ekonomicznie nasze ziemie, niż zrobi to Warszawa pod rządami Donalda Tuska. Obserwując sposób uprawiania polityki w Niemczech i Polsce też miewam takie wrażenie. Ale nie zmienia to faktu, że na tak drastyczną i głęboką zmianę reguł gry powinni ponownie zgodzić się Polacy. A to wymaga referendum, analogicznego do tego, po jakim wchodziliśmy do Unii Europejskiej. Po reformach proponowanych przez Angelę Merkel (nikt poważny nie wierzy, że została ona olśniona po wypowiedzi Radosława Sikorskiego) będzie ona zupełnie inną instytucją, niż ta do której wchodziliśmy.

 

Polacy powinni więc mieć prawo do ponownej decyzji, czy chcą pozostawać pod butem (nawet jeśli jest on opakowany w jedwab) niemieckim, czy też wybierają wolność i suwerenność. Nie wykluczam, że nasz naród wybierze niewolę, że strach, pragnienie bezpieczeństwa, mentalność postkolonialna zwyciężą. Ale niech to chociaż będzie nasz własny wybór, a nie narzucony nam przez polityków, którym płacimy z naszych podatków, a którzy nie służą już naszym interesom, ale strefie euro, do której nawet nie należymy.

 

Tomasz P. Terlikowski