Procesy, które miały być dowodem na wielką grabież majątku państwowego przez Kościół (dyskretnie pomija się przy tym, że najpierw to Kościół został okradziony przez państwo) kończą się umorzeniami albo wręcz odmowami wszczęcia postępowania. Powody są dość oczywiste: nie ma dowodów przestępstw, nie istnieją argumenty na rzecz bezprawnych działań, rzekomo zaniżane wyceny nie były zaniżane. Słowem wielkie nic (z jednym w istocie wyjątkiem, czyli współpracą z Markiem P, ale i ona jest – przynajmniej na razie – raczej kwestią moralną niż prawną, a jeśli ktoś jest poszkodowany przez byłego ubeka to raczej instytucje kościelne, a nie państwo).
Ale jeśli fakty są niezgodne z założeniami „Gazety Wyborczej”, to tym gorzej dla faktów. Dzielni wojownicy z Kościołem nie mogą przecież zaakceptować, że wymyślona przez nich afera nie istniała. To byłoby przecież niezgodne z linią, więc walą dalej, jak w bęben w Kościół i użalają się nad faktem, że nie można zamknąć ich wrogów za przestępstwa, które zostały spreparowane na Czerskiej. Za ojców szanownych redaktorów było lepiej. Wystarczyło stwierdzić, że ktoś jest przestępcą i od razu usłużni prokuratorzy i sędziowie zajęli się nim. Teraz jest jednak normalniej i wyroki – drodzy funkcjonariusze z Czerskiej – nie zależą od Waszej woli, a mają zazwyczaj jakiś związek z rzeczywistością.
Funkcjonariuszom antykościelnej propagandy nie przypadł także do gustu fakt, że katolicy modlą się za Polskę. Oni wprawdzie w moc modlitwy nie wierzą, ale – jak wiadomo – strzeżonego Lenin strzeże – więc na wszelki wypadek od razu próbują ośmieszyć i obrzydzić niesamowitą inicjatywę krucjaty różańcowej. A że niestety histeria (skąd ten strach panowie?) uniemożliwia im normalne pisanie, to Piotr Stasiński ujawnia plan środowiska w Czerskiej i wprost stwierdza, że ich celem jest zepchnięcie katolików do podziemia. „Biskupi i pisowscy dziennikarze żyją w innym kraju. W Polsce Prawdziwej i Katolickiej acz Podziemnej. I niech tak zostanie” - oznajmia Stasiński.

