Ta prosta prawda, dla której uzasadnienia wcale nie trzeba się odwoływać do Karla Poppera, jest coraz częściej kwestionowana. Dzisiaj autonomia uniwersytetów, wolność badawcza jest coraz częściej ograniczana. I to nie przez paskudny Kościół (co wciąż jeszcze mu się zarzuca), ale przez lewackich homoaktywistów, którzy próbują zakneblować wszystkich, którzy myślą w odróżnieniu od nich samych.
Ostatnim przykładem na to jest sytuacja prof. Aleksandra Nalaskowskiego, którego za wypowiedź, z którą większość normalnych ludzi się zgodzi (że para gejowska nie jest najlepszym środowiskiem wychowawczym) zaatakowali działacze gejowscy, którzy wysłali donosy do rektora UMK, olsztyńskiej uczelni, w której wykłada profesor, a także do mediów i wreszcie do sądu. Wszystko to zaś ma jeden cel: uniemożliwić głoszenie poglądów, które nie są zgodne z dzisiejszą homo-ortodoksją.
Takie działane jest zaś śmiertelnie niebezpieczne nie tylko dla wolności słowa (bo oto okazuje się, że profesor może wypowiadać tylko takie opinie, które zaakceptują homo-aktywiści), ale także dla nauki. Ta ostatnia rozwija się, szczególnie w przestrzeni nauk humanistycznych czy społecznych, poprzez kwestionowanie utartych schematów. I nie ma znaczenia, jakie to są schematy. Prawdziwy naukowiec to ktoś, kto potrafi zadawać trudne pytania, spierać się ze światem. Taką osobą niewątpliwie jest prof. Nalaskowski, który ma odwagę odrzucać homo-ortodoksję agresywnie promowaną przez działaczy gejowskich.
I nawet jeśli przyjąć, że nie ma racji (choć ja akurat uważam, że ma), to trudno nie zauważyć, że tego typu ataki szkodzą badaniom nad zjawiskiem homoseksualizmu. Jeśli badacz nie ma prawa powiedzieć, że jest on dewiacją (odstępstwem od biologicznej czy kulturowej normy), to w istocie odbiera mu się prawo do badania. Jedyną dopuszczalną opinią na temat homoseksualizmu staje się zaś zachwyt. Ale w takiej sytuacji nigdy nie poznamy etiologii tego zjawiska (bo nie będzie można powiedzieć, że „winę” za nią ponosi nadopiekuńcza matka i nieobecny ojciec), nigdy nie będziemy mogli pomóc osobom, które w swojej homoseksualnej skórze źle się czują i wreszcie nie będziemy mogli wskazywać na autentyczne, choć przemilczane negatywne zjawiska związane z seksem homoseksualnym.
Już teraz bardzo trudno znaleźć lekarza, który przyzna – choć na to są akurat twarde dane – że część chorób wenerycznych występuje o wiele częściej u homo niż heteroseksualistów. Psychiatra, który zacytowałby wyniki badań, z których wynika, że homoseksualiści o wiele częściej, niż heteroseksualiści popełniają samobójstwa czy cierpią na depresję zostałby natychmiast postawiony pod sądem i zaszantażowany decyzją WHO, a socjolog, który odwołałby się do statystyk, z których wynika, że przeciętny homoseksualista żyje o dwadzieścia lat krócej niż przeciętny homoseksualista zostałby zakrzyczany przez elokwentnych działaczy gejowskich. Ale to pół biedy. Cała bieda polega na tym, że taki lekarz czy badacz już nigdy nie dostałby grantu na swoje badania, a próba powołania go na jakiekolwiek stanowisko kończyłaby się awanturą. I właśnie dlatego wszyscy moi rozmówcy, których prosiłem o polskie dane dotyczące zjawiska homoseksualizmu mówili mi: Panie Tomku, Pan żartuje. Oczywiście, że tak jest, ale nikt nie prowadzi w Polsce takich badań, bo za to może polecieć jego naukowa głowa...
I właśnie dlatego trzeba docenić tych, którzy mają odwagę mówić rzeczy niepopularne w pewnych środowiskach. I jasno powiedzieć, że jeśli ktoś jest obecnie prawdziwym reprezentantem nauki to właśnie prof. Nalaskowski, a nie jego homo-krytycy. On uprawia naukę, oni homo-propagandę, której celem jest zniszczenie Prawdy. Problem polega tylko na tym, że choćby nie wiem, jak głośno skandowali: jesteśmy zdrowi, to w niczym nie zmieni to ich własnej sytuacji. A homoseksualizm pozostanie tym, czym jest, czyli zdecydowanym odstępstwem od normy kulturowej, społecznej, biologicznej i zdrowotnej.

