A powód jest niezmiernie prosty. Małżeńska miłość określona jest przez zjednoczenie dwóch różnych, a nie tożsamych, aspektów człowieczeństwa: męskości i kobiecości. Dopiero owo zjednoczenie – jak pięknie przypomina Księga Rodzaju – stanowi pełne człowieczeństwo, i w tym sensie małżeństwo - „bycie we dwoje jednym ciałem” - stanowi obraz pełni, która – co wpisane jest w strukturę miłości – owocuje poprzez płodność. Związek dwóch mężczyzn czy dwóch kobiet nie jest i nie może być pełnią, nie stanowi bowiem zjednoczenia dwóch uzupełniających się aspektów człowieczeństwa, a jedynie podwojenie tożsamości. Podwojenie, które nie może owocować.
I właśnie dlatego w homo-związku może istnieć pożądanie, przywiązanie, mogą pojawić się nawet pozytywne emocje, ale nie może być w nim miłości właściwej małżeństwu. A powodem nie jest to, że paskudna tradycja europejska (wcale nie tylko chrześcijańska) „odmawia szczęścia” osobom homoseksualnym, a sama natura miłości małżeńskiej i homoseksualizmu. Krzykiem, oskarżeniami czy nawet prawem się tego nie zmieni.
Tomasz P. Terlikowski
