Histeria saloonu sięga już zenitu. Lech Wałęsa opowiada o zamachu stanu, za którym stoi Jarosław Kaczyński, prof. Radosław Markowski sugeruje Tuskowi, że trzeba by zabrać się za delegalizację Prawa i Sprawiedliwości, Janusz Palikot snuje opowieści (czyżby licząc, że taki szaleniec się znajdzie?) o tym, że prezes PiS marzy o śmierci z ręki chorego psychicznie. A mądrości te powtarzają wierni pracownicy platformerskiej propagandy z „Polityki”, „Gazety Wyborczej”, „Wprostu” i dziesiątek innych publikatorów. Imię ich legion, a wymienianie po kolei wszystkich mija się z celem, bo różnica między Lisem a Władyką jest mniej więcej taka sama jak między colą a pepsi, czyli wyczuwalna jedynie dla koneserów.
Jeśli do tego dodać kserowane w nieskończoność opowieści o faszyzmie, jaki dostrzegliśmy na Krakowskim Przedmieściu, o niebezpieczeństwie, jakie stanowią dla wolności i niezawisłości Polski tulipany (proponuje zakazać ich sprzedaży, jako kwiatów pis-owskich!) czy o skandalu jakim jest nielegalny protest Ewy Stankiewicz (dziwne, że nielegalne białe miasteczko nikomu nie przeszkadzało) – to obraz staje się pełny. Tyle tylko, że nie sądzę, by służył on destabilizacji Prawa i Sprawiedliwości. A nawet mocniej on w istocie służy właśnie PiS-owi. Większość z tych, którzy reprezentują wrażliwość konserwatywną, patriotyczną, realnie wolnościową, tradycyjnie katolicką, jest bowiem wpychana w ramiona tej partii. Można mieć do niej zastrzeżenia, można krytykować pewne jej działania, można nawet nie do końca wierzyć w zapewnienia, ale ten zmasowany atak, w którym wrogiem jest każdy, kto nie z PO, i kto nie popiera salonu – sprawia, że wybór staje się coraz mniejszy.
To już zresztą widać. Wepchnięcie do jednego worka wszystkich mających wątpliwości, że za katastrofę odpowiadają tylko polscy piloci i prezydent Lech Kaczyński (czasem dorzuca się jeszcze Jarosława), sprawiło, że dawniej mocno skłócone środowiska „Naszego Dziennika” i „Gazety Polskiej” zaczęły się tolerować. A w Radiu Maryja i „Naszym Dzienniku” pojawili się goście, których jeszcze rok temu, by się tam nie uświadczyło. I podobnie jest z Prawem i Sprawiedliwością. Na Krakowskim Przedmieściu byli ludzie, którzy z partią tą często mają na pieńku, ale mają dość tego, że walczy się z ich wrażliwością, myśleniem, emocjami. A chcąc się bronić muszą się zebrać wokół pewnych sztandarów czy mitów. I robią to, bo mają dość bycia pomiatanymi. A PiS, mit smoleński staje się dla nich symbolem sprzeciwu.
Wszystko to pokazuje, że histeria elit tylko wzmacnia Prawo i Sprawiedliwość. Niekoniecznie oznacza to wygrane wybory, ale bez wątpienia coraz mocniejsze miejsce po prawej stronie sceny politycznej. I jakoś nie wierzę, by panowie funkcjonariusze prasowi tego nie wiedzieli. A jeśli wiedzą, to albo teraz zaślepiła ich histeria, albo… powolutku przygotowują grunt pod delegalizację PiS, pod nową Berezę. Trzeba włożyć ludziom w głowy, jak wielkim zagrożeniem jest ta partia, trzeba stworzyć wirtualny świat, w którym tulipany to „delegalizacja państwa polskiego”, by potem można było zniszczyć struktury przeciwnika i na trwałe wepchnąć niemałą część społeczeństwa w polityczny niebyt. Pod hasłem oczywiście obrony przed faszyzmem.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

