Nie, żeby mieli jakiś nadmiar nowych dokumentów, poza notatką służbową kpt. Grzegorza Pietruczuka, który był pierwszym pilotem w czasie lotu do Gruzji. Dokument ten nie wnosi nic specjalnie nowego, ale dzięki niemu można powrócić do powtarzania tezy, że za lądowanie w Smoleńsku odpowiada prezydent. A że brak na to dowodów, to śledczy z „GW” wzorem śledczych z innych służb, powołują się na psychologię, wykładaną przez jednego z generałów.

„Gen. Kołosowski zwraca uwagę, że świadkami przepychanek i nacisków 12 sierpnia byli kpt. Arkadiusz Protasiuk i nawigator mjr Robert Grzywna. To oni pilotowali Tu-154, który 10 kwietnia 2010 r. rozbił się w Smoleńsku. - Nie jestem psychologiem, ale lecąc do Smoleńska, mogli mieć w tyle głowy wydarzenia z Symferopola - mówi generał” – notują Kublik i Czuchnowski. I tym kończy się ich tekst. Dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta – w ten sposób wracają oni do swojej tezy i ponownie oskarżają (bez najmniejszych dowodów) prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Tym razem nie ma powodów, by pytać, czy to perfidia czy głupota. Nie ulega bowiem najmniejszej wątpliwości, że jest to perfidia, która nota bene jest na rękę wyłącznie Rosjanom i tym z naszych rodaków, którym bliższe są interesy Moskwy niż Polski. A do tego jest całkowicie sprzeczna z apelem, który ostatnio wystosowali promowani przez „GW” intelektualiści, w którym znajduje się apel o zaprzestanie grania katastrofą smoleńską. To, co zrobili dziś Kublik i Czuchnowski jest zaś zwyczajną i dość obrzydliwą grą emocjonalną.

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »