… daruje sobie określanie kim. Słowa, jakie cisną mi się na usta nie powinny wychodzić z ust chrześcijanina. Powiem więc tylko tyle, że na pewno autor listu do „Wysokich Obcasów” nie jest facetem. Spodnie i to, co w nich się znajduje nie czynią jeszcze z kogoś o odpowiednim układzie genów mężczyzny. Do tego potrzeba czegoś więcej: odpowiedzialności, miłości i zwyczajnego honoru. Autor zaś listu, który ukazał się w „WO” tych cech jest pozbawiony. Jest mazgajem, który tak bardzo użalał się nad sobą i swoją kobietą, że aż zamordował (za pożyczone pieniądze) swoje dziecko.
„Rok temu moja dziewczyna weszła do pokoju i położyła na biurku trzy testy, wszystkie bez najmniejszej wątpliwości wskazywały na to, że jest w ciąży. Bałem się wtedy bardzo, bo mimo że wiele razy przegadaliśmy co zrobimy w wypadku ciąży, to któreś z nas w obliczu takiej informacji mogło zmienić zdanie. Nigdy nie chcieliśmy mieć dzieci, od czasu kiedy poznaliśmy się na II roku studiów była to sprawa w której panowała między nami pełna zgodność. Kiedy Marta przyszła z testami byliśmy dwa lata po studiach, pracowaliśmy i żyliśmy bardzo skromnie. Decyzję o tym, że przerwiemy ciążę podjęliśmy bardzo szybko, upewniliśmy się tylko, że wciąż nie przyjmujemy tutaj innej możliwości. Rozmawialiśmy za to długo i staraliśmy się dociec czy to, że nie chcemy mieć dzieci to rzeczywiście nasz wybór, czy nie przewidzieliśmy po prostu tego, że skromnie żyjąc nie będzie nas nigdy stać na dziecko” - użala się nad sobą autor listu (nie dziwię się, że go nie podpisał, bo to, co pisze jest na takim poziomie żenady, że trudno się pod czymś takim podpisać).
A dalej wyjaśnia, że zamordował swoje dziecko (za pożyczone pieniądze) z troski o jego dobro. „Gdybyśmy zdecydowali się na dziecko skazalibyśmy je na życie w biedzie. Boje się, że Marta będzie chciała kiedyś urodzić, albo ja będę chciał mieć córkę czy syna, ale nie będzie nas na to stać: - opisuje autor listu (napisanie o nim per mężczyzna byłoby fałszem). A dalej użala się nad losem „biedaków”, których nie stać było na zamordowanie dziecka, albo zostali „przymuszeni” do jego wychowania. „Młodzi mężczyźni w dużej mierze nie są w stanie zapewnić godnego życia dwóm czy trzem osobom. I to, że umiejętności i wykształcenie już w tym nie pomagają jest dopiero przerażające. Mam to szczęście, że ani ja ani moja dziewczyna nie chcieliśmy mieć tego dziecka, ale co z naszymi znajomymi, których na to nie stać, ale mimo to decydują się założyć rodzinę? Co z ludźmi, czyli też ojcami, którzy nie chcą mieć dziecka, ale albo ich nie stać na wyjazd do Niemiec, albo nie usuwają ciąży z innych powodów? Co w końcu z takim niechcianym dzieckiem wychowywanym przez przerażonego, przymuszonego do ojcostwa mężczyznę?” - oznajmia ów człowiek. I przekonuje, że opisywane przez „Wysokie Obcasy” lęki mężczyzn przed ojcostwem, to lęki coraz mniejszej grupy mężczyzn, których „stać na założenie rodziny”.
Mogę oczywiście zrozumieć problemy z pieniędzmi, ale nie potrafię zrozumieć kogoś, kogo stać na kino i teatr, a także książkę, i kto, byle tylko tego nie stracić zabija swoje dziecko. I przesłania bolesny fakt, że jest zabójcą, że zniszczył życie kogoś, kto został mu powierzony, opowieściami o tym, jak jest mu trudno, i jaki jest biedny, że nikt go nie rozumie, i nikt mu nie współczuje. A jeszcze mniej rozumiem „Wysokie Obcasy”, które ten popis żenady drukują, najwyraźniej po to, by wyszantażować współczuciem prawo do zabijania dzieci. We mnie jednak ten tekst wywołuje raczej myśl, że aborcja postnatalna takich kolesiów nie byłaby niczym szkodliwym społecznie. Myśl, którą szybko odpędzam, bo przecież ten człowiek też jest dzieckiem Bożym, i też potrzebuje naszej modlitwy. By mógł się nawrócić i poprosić zabite przez siebie dziecko i Boga o przebaczenie...

