Ale mleko już się rozlało. Dziennikarze „Gazety Polskiej Codziennie” pokazali boleśnie dosadnie, w jakim kraju żyjemy, jaką mamy trzecią władzę, i jak zarządzane są sądy. Teraz nie da się już udawać, że mamy niezależne sądy, że możemy im zaufać. One są, i pokazał to sędzia Milewski, narzędziem rządu, karnie wykonującym jego polecenia. I nie musi do nich dzwonić nawet sam premier, ani minister. Wystarczy „bliski współpracownik” ministra Arabskiego, a prezes sądu już się pręży jak przed kapralem w wojsku. I to jest właśnie obraz polskiej demokracji za rządów Tuska. Nic dodać, nic ująć.
Ale to wcale nie musi być koniec tej ponurej historii. Za chwilę może się okazać, że jedynymi winnymi całej tej sprawy są dziennikarze „Gazety Polskiej Codziennie”, że to ich skaże się za kalanie wizerunku sędziego i samego premiera. A sędzia nie tylko nie zostanie ukarany, ale odznaczony za doprowadzenie do ujawnienia spisku prawicowych dziennikarzy, którzy chcieli zniszczyć ukochanego przywódcę naszego narodu. Niemożliwe? Oby tak było, ale po tej aferze niewiele rzeczy wydaje mi się już w naszym „fajnym” kraju niemożliwe.

