I alarmują, że jeśli dzietność się nie zwiększy dostaniemy figę z makiem, a nie emerytury czy renty z ZUS. Dlaczego? Bowiem wszystko, co ZUS otrzyma od razu wydaje, a i tak jest na minusie. „W 2010 r. ze składek zbierze 91 mld zł - a jego wydatki wyniosą ponad 160 mld zł. Dlatego musi brać dotację z budżetu i pożyczać w bankach” – ostrzegają dziennikarze „GW”.
I kontynuują mocne prognozy. „W kolejnych latach, jak pokazują dane demograficzne, z wypłatami będzie jeszcze gorzej niż teraz - ostrzega jednak prof. Irena Kotowska ze Szkoły Głównej Handlowej. Z prognoz ZUS wynika, że tylko do 2020 r. może mu zabraknąć na emerytury nawet ponad 600 mld zł! Te pieniądze trzeba znaleźć w budżecie”.
A na koniec mocna – i trzeba to powiedzieć zupełnie jasno - absolutnie prawdziwa refleksja posłanki Magdaleny Kochan. „Bez dzieci nasz system emerytalny się rozleci - przekonuje Magdalena Kochan, posłanka PO, zastępca przewodniczącego komisji polityki społecznej i rodziny. Ratunek? - Więcej dzieci. Większa dzietność to racja stanu”.
Amen – chciałoby się powiedzieć. Ale już dalsza część artykułu nie nastraja równie optymistycznie. Otóż rząd uznał, że najważniejszym lekarstwem na małodzietność Polaków jest większa ilość żłobków i przedszkoli, a także dofinansowanie niań. Ani słowa nie ma natomiast w tych zapowiedziach o konieczności zdecydowanego zmniejszenia obciążeń podatkowych dla ludzi, którzy decydują się na większą ilość dzieci, o konieczności zmniejszenia VAT-u na przedmioty codziennego użytku konieczne w domach (albo choć o możliwości odliczania tego podatku), a pomocy dla kobiet, które chcą zostać w domu z dziećmi.
O tym rząd milczy. A przecież nawet w niebogatej przecież Słowacji matka otrzymuje pieniądze przez trzy pierwsza lata życia dziecka. Gdy mój znajomy Słowak usłyszał, że moja żona, wychowująca trójkę dzieci (czwarte w brzuchu) nie może liczyć na najmniejszą gratyfikację wychowawczą, ani nawet na znaczące zniżki podatkowe, był zszokowany. Ale tak właśnie jest. A nawet gorzej. Rząd bowiem walcząc z kryzysem finansowym promuje rozwiązania, które najmocniej uderzają w duże rodziny (tak działa bowiem VAT). A Komisja Europejska swoimi decyzjami tylko ten proces wspomaga.
Nie ma zatem co ukrywać, że jeśli rząd rzeczywiście chce zwiększać dzietność to musi na to znaleźć środki. I to całkiem realne. Tak, żeby posiadanie dzieci nie było już szaleństwem dla wybranych, ale żeby zaczęło się opłacać. Tylko w ten sposób można uratować ZUS.
Ale na koniec nie sposób nie wspomnieć jeszcze o jednym. Jeśli ludzie rzeczywiście mają mieć dzieci, musi zmienić się społeczna atmosfera. Teraz, dla większości z naszych rodaków, posiadanie więcej niż dwójki (no maks trójki, ale wtedy i tak każdy mówi o wpadce) jest patologią. Dziadkowie nieczęsto cieszą się z czwartego, piątego, szóstego, o siódmym nawet nie wspominam, wnuka. Moja żona regularnie słyszy pytanie, kto Pani to zrobił, a wielu z moich przyjaciół jest regularnie określanych dzieciorobami. Widać to zresztą także w wypowiedziach publicznych. Pewien znany prawicowy poeta wprost stwierdzał, że inteligent nie może być wielodzietny, a znany prawicowy polityk (nie żyje już, więc nie będę wymieniał jego nazwiska) krytykował swojego współpracownika za trzecie dziecko… W takiej sytuacji posiadanie dzieci jest prawdziwym nonkonformizmem. I to nonkonformizmem, którego państwo nie docenia, choć jest ono jedynym lekiem na jego problemy.
Słowem, jeśli politycy chcą rzeczywiście zaradzić problemom demograficznym, to muszą całkowicie przestawić swoje myślenie. Żłobki i przedszkola nie wystarczą. Konieczny jest system, który będzie wspierał duże rodziny i polityka społeczna, która będzie doceniała kobiety, które zajmują się dziećmi i domem (bo przy szóstce czy siódemce dzieci naprawdę często nie starcza już czasu na pracę zawodową). A tego na razie nie ma. I dlatego nie będzie też emerytur. Nawet, jeśli pojawią się żłobki i przedszkola.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

