Nie ma wątpliwości, że obowiązywanie ustawy, w zgodzie z którą w Polsce można zabijać ludzi tylko dlatego, że są niepełnosprawni, albo ich rodzice popełnili przestępstwo – jest skandalem, którego nie wolno tolerować. Nie możemy się zgodzić na to, by w majestacie prawa rocznie zabijano w Polsce ponad 600 osób (a liczba ta z roku na rok wzrasta). Niepełnosprawność, złe pochodzenie czy nawet choroba matki nie może wykluczać z życia czy pozbawiać człowieka fundamentalnych praw. Takie zapisy są hańbą, z którą cywilizowane państwo nie może się zgodzić, i na które nie mogą przystać nie tylko wierzący chrześcijanie, ale nawet ludzie, którzy przyjmują prawdę o tym, że ludzkie życie zaczyna się, gdy dobiega końca proces poczęcia.

 

I to jest refleksja podstawowa, jeśli chodzi o dwudziestolecie obowiązywania „kompromisu aborcyjnego” w Polsce. Jego osiągnięcie, choć niewątpliwie było sukcesem środowisk pro life, nie może być kresem zmian prawnych. Nie można się bowiem godzić na to, by spokój społeczny w Polsce i spokój sumienia rzekomo konserwatywnych polityków, kupowany był za cenę życia dziewięciu tysięcy dzieci. One muszą być bronione, bez względu na koszty wizerunkowe czy polityczne. To obowiązek sumienia, z którego nikt nie może człowieka zwolnić. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż na nowo trzeba powracać do pytania o strategię postępowania w tej sprawie, o to, jak doprowadzić do zmiany prawnej w Polsce.

 

Pierwsza sprawa wydaje się oczywista. Musimy wymusić egzekwowanie prawa, które już obowiązuje. Kaci w lekarskich fartuchach, którzy na boku dorabiają zabijaniem dzieci, organizacje, które informują, jak omijając polskie prawo można zabić dziecko, muszą zacząć być stawiane przed sądami i skazywane. Nie może być zgody na sytuację, w której policja systematycznie odmawia wszczęcia dochodzeń, gdy zgłasza się jej informacje o łamaniu polskiego prawa. Nie ma i nie może być także zgody na stałe unikanie odpowiedzi na pytania skierowane do szpitali, w których zabija się dzieci, o metodę ich likwidacji. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, jak zabija się dzieci z zespołem Downa, i czy prawdą jest, że niekiedy rodzą się one żywe i dopiero później się je likwiduje. Chcemy też poznać nazwiska owych „fachowców”, którzy wydają „licencje na zabijanie”, a potem wykonują wyroki.

 

Aby stało się to możliwe potrzebny jest jednak stały nacisk społeczny na polityków, także z partii rządzącej. Oczywiście mogą oni lekceważyć nawet pół miliona Polaków (tak jak zrobili to, gdy zgłoszono projekt obywatelski całkowitego zakazu aborcji), ale na dłuższą metę się im to nie opłaca. Prawo i Sprawiedliwość (nie ma znaczenie, dlaczego tak się stało) z pozycji niezdecydowanych już przeszło na pozycję – przynajmniej deklaratywnie – pro life. Teraz trzeba wymusić jasne deklaracje od tych posłów PO, którzy nadal podają się za konserwatystów. Bez stałej akcji nacisku, bez przypominania, że dla pewnej grupy wyborców te kwestie są kluczowe i rozstrzygające nie da się tego zrobić. Ale do takich akcji konieczne są jeszcze mocniejsze grupy lobbystyczne, które na co dzień, z dużą cierpliwością będą pokazywać fakty i przypominać o odpowiedzialności za własne decyzje.

 

Ważna jest także praca oddolna, choć w tej sprawie zrobione zostało bardzo dużo. Marsze Rodziny, wystawy antyaborcyjne, wciąż trwające spotkania z działaczami pro life w całej Polsce, a także wprowadzanie do debaty publicznej języka za życiem, odnosi skutki, i coraz więcej Polaków sprzeciwia się aborcji. O językowej i terminologicznej klęsce ruchu pro choice mówią już nawet jego działaczki. I z tego niewątpliwie trzeba się cieszyć. To jednak nie wystarcza, bowiem na arenie publicznej debaty stają nowe tematy, z którymi wciąż na nowo (i na różne sposoby) trzeba się mierzyć. Poza aborcją jest to także zapłodnienie in vitro czy eutanazja. Każda z tych kwestii wymaga silnego zaangażowania obywatelskiego i zmieniania opinii publicznej, a także przygotowywania ekspertyz prawnych czy ekonomicznych, i wreszcie wytrwałej formacji intelektualnej, koniecznej do zrozumienia problemów, z jakimi przychodzi nam się zmagać. To wszystko, w jakimś stopniu już się dzieje, istnieje wiele inicjatyw, które mierzą się z tymi problemami, ale potrzeba ich jeszcze więcej. I jeszcze bardziej różnorodnych: katolickich, luterańskich, prawosławnych (w ramach tygodnia modlitw o jedność chrześcijan, można by pomyśleć o jakiejś wspólnej ekumenicznej akcji w obronie życia, zamiast pisać listy o ekologii), a może kobiecych i agnostycznych. Obrona życia musi się stać wspólną sprawą uczciwych ludzi, tak jak kiedyś była nią walka z niewolnictwem.

 

Rok 1993 i doświadczenia zdobyte podczas tamtej zmiany ustawy chroniącej życie uświadamiają także, że aby mógł powstać prawny kompromis, trzeba szykować się do walki o wszystko. Nie byłoby realnego polepszenia prawa (choć podkreślam nie jest ono doskonałe), gdyby nie to, że w pewnym momencie środowiska obrońców życia zawalczyły o wszystko. Teraz trzeba podobnie stawiać sprawę i domagać się całkowitego zakazu aborcji. A jeśli uda się wygrać tylko zakaz aborcji eugenicznej, to wyrazić radość, pogratulować sobie i zabrać się do dalszej pracy nad zmianą prawa, a nie spocząć na laurach. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że znajdujemy się obecnie w zupełnie innej sytuacji politycznej i kościelnej, niż na początku lat 90. Wtedy polska prawica była jednak o wiele bardziej ideowa, a do tego działał Jan Paweł II, który jednoznacznie wspierał wszystkie inicjatywy pro life. Teraz politycznie i eklezjalnie sytuacja jest gorsza, ale za to mamy potężny ruch ludzi dobre woli, dla których walka z zabijaniem jest imperatywem sumienia. I dlatego mam nadzieję, że nie będzie już kolejnej dwudziestolatki tej ustawy, i że w końcu uda nam się zmienić te haniebne zapisy, tak by każde dziecko miało możliwość narodzin, i byśmy nikogo nie wykluczali z życia.

 

Tomasz P. Terlikowski