Ale to wciąż za mało. I nie chodzi tylko o to, by minister spraw zagranicznych więcej mówił czy pisał. W dyplomacji czasem lepiej milczeć, niż powiedzieć o jedno słowo za dużo. Szczególnie w sytuacji (a z taką mamy do czynienia w przypadku islamistów), gdy nieopatrznie wypowiedziane słowa mogą posłużyć jako usprawiedliwienie do mordowania kolejnych chrześcijan.

Więcej niż minister spraw zagranicznych możemy teraz zrobić my. Szczególnie, że wbrew temu, co teraz mówią dyplomaci egipscy, że zamach był skierowany przeciw władzom Egiptu, prześladowania chrześcijan w tym kraju trwają od dawna. A jeśli chcemy położyć im kres, powinniśmy uderzyć Egipt po kieszeni. Chrześcijanie zatem, ci, dla których krew i życie naszych braci w wierze cokolwiek znaczy, powinni jasno i wyraźnie zadeklarować, że tak długo, jak Egipt nie zaprzestanie prześladowania chrześcijan i nie zapewni im bezpiecznego wyznawania wiary, tak noga chrześcijańskich, wierzących turystów nie stanie w Hurghadzie czy innych egipskich kurortach. Biorąc pod uwagę, że większość tamtejszych turystów to ludzie z Zachodu, nie ma co ukrywać, że Egipcjanie szybko odkryliby, jak drogo kosztuje ich prześladowanie chrześcijan.

Problem polega tylko na tym, że współcześni ludzie Zachodu nie odczuwają solidarności z chrześcijanami w innych miejscach. Większości z nas ich los jest zwyczajnie obojętny. I dlatego – poza słowami oburzenia – nie jesteśmy w stanie (bo nam się nie chce) zrobić dla nich nic. Nawet zrezygnować z urlopu na egipskich plażach. I w ten sposób stajemy się współwinni rzezi chrześcijan…

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »