Sytuacja, w której trójka dzieci zabierana jest rodzicom, bo „ekspertom” z poradni psychologicznej nie odpowiada światopogląd rodziców jest kuriozalna. Tak jak kuriozalną jest sytuacja, w której argumentem za taką decyzją jest zgoda na kary cielesne, jaką rodzice wyrażają. Szokujące jest również, że rzekomi „eksperci” zamiast pracować z rodziną (która przypomnijmy sama zgłosiła się do poradni) decydują się na porwanie dzieci. Ale... - i to trzeba powiedzieć zupełnie wprost – takie są skutki uznania, że państwo ma dyktować rodzicom, jakie metody wychowawcze mogą stosować.
A na to polski ustawodawca – głosami PO i SLD – się zdecydował. Ustawa zakazująca rodzicom kar cielesnych (ale także całej masy innych) w istocie oznacza, że państwo uznało się za właściciela naszych dzieci, a urzędników i ekspertów, uznało za lepszych opiekunów nad dziećmi niż ich rodzice. Teraz tylko widzimy skutki tej decyzji. Skutki, które – nie oszukujmy się – mogą dotknąć każdą rodzinę, która nie godzi się z totalitaryzmem (a właśnie totalitaryzmem jest wkraczanie państwa w życie rodziny). Jeśli teraz nie powiemy „ekspertom” z sądu i ośrodka psychologicznego „łapy precz od naszych dzieci” - to stopniowo państwo będzie coraz głębiej wchodzić w nasze życie, i nikt, kto ma inne od liberalno-lewicowych poglądów, nie będzie mógł się czuć bezpiecznie.
Ta sytuacja ma jednak jeszcze jeden skutek. Otóż powoduje ona, że nikt normalny nie zgłosi się już po poradę do ośrodka pomocy psychologicznej. Jeśli bowiem pomocą ma być odebranie dzieci, porwanie ich ze szkoły, to niech państwo wsadzi sobie głęboko taką pomoc, i niech z daleka trzyma się od naszych domów. Mój dom jest moją twierdzą, i od teraz, tą jasną zasadę trzeba stosować wobec wszystkich funkcjonariuszy państwa, którzy próbują – choćby pod pozorem pomocy – wejść do mojego domu. Krakowscy „psycholodzy” i sędziowie uświadomili to mi niezwykle mocno.
Tomasz P. Terlikowski
