Ciała, gdy piszę te słowa, wciąż nie znaleziono. Jedynym źródłem informacji pozostają słowa Krzysztofa Rutkowskiego, który miał uzyskać od matki dziewczynki potwierdzenie, że dziecko wypadło jej z rąk, uderzyło główką o próg i zmarło. A ona przerażona porzuciła je w lesie, a potem upozorowała porwanie. I niestety opowieść ta brzmi niezwykle wiarygodnie.
Daleki jestem od potępienia matki. Mam nadzieję, że był to rzeczywiście wypadek, choć opowieści dziadków, którzy przekazują, że dziewczyna pozostawiała dziecko im, nie informując nawet kiedy wróci, czasem na dwa tygodnie, mogą pokazywać, że nie odnajdywała się w macierzyństwie. Jeśli jednak, a emocjonalnie wiele na to wskazuje, przyjąć, że kobieta (a w zasadzie dziewczyna) mówi teraz prawdę, to trzeba jej bardzo współczuć i modlić się za nią (sąd pozostawiając instytucjom państwowym i Panu Bogu). W kilka chwil jej życie zawaliło się w gruzy: straciła dziecko, oszukała męża i rodziców, sprawiła, że jej historia znana jest i oceniana przez całą Polskę. Trudno o gorszą sytuację.
Ale jeszcze bardziej współczuję ojcu Madzi. On nie tylko stracił dziecko, ale także żonę. Małżeństwa z trudem są w stanie przetrwać śmierć dziecka spowodowaną przez jednego z rodziców, ale to jest jeszcze możliwe. Trudno mi jednak sobie wyobrazić przetrwanie małżeństwa, w którym jedna ze stron tak okrutnie okłamała drugą... Można zrozumieć, można szukać wyjaśnień, i one niewątpliwie będą, będzie ich bardzo wiele, ale bardzo trudno jest żyć w takim związku, gdy człowiek nigdy nie wie, czy kłamstwo nie powtórzy się znowu. Obym nie miał racji, oby ten związek przetrwał. I dlatego trzeba nam bardzo, wszystkim, modlić się zarówno za panią Katarzynę, jak i pana Bartłomieja. Oboje tej modlitwy bardzo potrzebują. Ich dziecko zaś, pozostawiając wyjaśnienie okoliczności jego śmierci (jeśli ta historia jest prawdziwa) odpowiednim instytucjom, trzeba zawierzyć dobremu Bogu, u którego już przebywa.

