Trudno bowiem inaczej określić ludzi, którzy gdy ich maleńkie dziecko powiedziało im, że jest innej płci, niż jest w rzeczywistości, zaczęli traktować je zgodnie z jego wolą. - Zaczęliśmy zauważać drobne znaki, gdy była jeszcze bardzo mała, gdy tylko nauczyła się mówić, jasno dała do zrozumienia, że jest dziewczynką – opowiada mediom Kathryn Mathis, matka Coy (czyli chłopca, który „uważa” - a może raczej jego rodzice uważają, że tak jest – że jest dziewczynką).
I wszystko jej zdaniem byłoby super, gdyby nie pewien drobiazg. Otóż władze szkolne uznały, że niezależnie od tego, co sądze jego rodzice chłopiec jest chłopcem i nie może korzystać z damskiej toalety. A im będzie starszy, tym trudniej z jego obecnością w niej będą radziły sobie koleżanki. - To jest dyskryminacja, zmuszanie jej do korzystania z oddzielnej ubikacji, z której nie korzystają inne dzieci, albo zmuszanie jej do używania toalety dla chłopców. To jest nie w porządku – grzmi więc Jeremy Mathis, ojciec Coy. A media zamiast zająć się jego i jego żony zdrowiem psychicznym, z pasją transmitują „walkę o prawa sześciolatki” do samostanowienia.
Absurd? Kretynizm? To najdelikatniejsze określenia, które cisną się na usta. Można by też żartowac, że dobrze, że dziecko nie oznajmiło, że jest lokomotywą (moim dzieciom po lekturze książeczek o pociągach się to zdarzało), bo wtedy walka toczyłaby się w parowozowniach o prawo do zamieszkania tam 6-letniego Coya. Ale w sumie wcale nie jest to śmieszne, pokazuje bowiem niezwykle radykalnie, że nie ma głupoty, której przedstawiciele naszej cywilizacji nie są w stanie zrobić, byle tylko uznać, że wola jest ważniejsza od rzeczywistości. Nie ma krzywdy, której nie zrobią innym, byle tylko nie dopuścić do siebie świadomości, że to nie ich wybory tworzą ich tożsamość biologiczną, i że nie jest ona od nich zależna...
Tomasz P. Terlikowski
