Nie chcę i nie zamierzam wyżywać się na biskupie, który kompletnie pijany siadł za kierownicą, ale też nie widzę najmniejszej możliwości, by go bronić. Jego zachowania nie da się bowiem wyjaśnić, ani usprawiedliwić (zrozumieć zaś można tylko jeśli uzna się go za chorobę, co zresztą sugeruje list samego hierarchy). Potencjalnym zabójcom trzeba mówić jasne i zdecydowane nie. Niezależnie od tego, czy są biskupami, księżmi czy świeckimi. 


Ale nie można nie docenić tego, jak sprawa jest załatwiana (a wcale nie było to takie oczywiste). Oświadczenie biskupa, który przyznaje się do winy i oddaje się do dyspozycji papieża. „Nigdy nie powinienem prowadzić samochodu pod wpływem alkoholu. Przepraszam wszystkich, których zgorszyłem swym czynem” - napisał biskup i oddał się do dyspozycji Ojca świętego, a także zapowiedział poddanie się kuracji. Słowem zachował się tak, jak powinien w takiej sytuacji chrześcijanin (a przypomnijmy, że chrześcijanie nie są ludźmi bezgrzesznymi).

Te trzy krótkie sformułowania: „przepraszam, oddaję się do dyspozycji, poddam się leczeniu” - to droga, którą zawsze trzeba iść w takich przypadkach. Źle się stało, że się stało, co się stało (ale przecież w naczyniach glinianych przechowywany jest skarb). Dobrze, że tak jest to załatwiane. Szacunek także dla księdza biskupa, który musiał zmierzyć się z własną winą i pokazał, że można. Można zmierzyć się z własną winą.



Tomasz P. Terlikowski