Ale zanim zachłyśniemy się tym zachwytem warto postawić sobie pytanie, co takiego zmieniło się w Polsce, że prezydent Rosji zdecydował się ją odwiedzić. Wiele wskazuje bowiem, że przyczyny tej zmiany nastawienia Rosji wcale nie leżą w demokratycznej wymianie władzy, a w tym, że zmieniła się, i to niestety głęboko, Polska.
Zacznijmy więc od faktów. Prezydentem RP jest jedyny poseł PO, który był przeciwnikiem rozwiązania ekspozytury sowieckich służb, czyli WSI. Nie jest jasne, dlaczego tak było, ale był to fakt. Faktem jest również, że tak Litwini jak i Gruzini ten wybór przyjęli bez większego entuzjazmu, a część ukraińskiej ulicy mówiło o Komorowskim, jako o „waszym polskim Janukowyczu”.
Minister spraw zagranicznych w publikowanych tekstach deklaruje rezygnację z polityki jagiellońskiej i zaprzestanie wspierania tendencji suwerennościowych państw byłego ZSRS. W jego wypowiedziach nie widać zresztą nawet tendencji do obrony własnego interesu narodowego, co widać choćby w miękkiej postawie odnośnie gazociągu i rury przebiegającej przy porcie w Świnoujściu. Premier też nie ma szczególnej ochoty na twardą wobec Rosji czy Niemiec politykę. Zamiast tego wybiera PR, który przynosi pochwały w mediach, ale nie ma znaczenia politycznego.
Nie widać w Polsce, i to być może zmiana najistotniejsza, społecznego nacisku na prowadzenie polityki suwerennej. Znacząca część społeczeństwa jest zadowolona ze świętego spokoju i nie chce słyszeć o przeciwstawianiu się „europejskim i eurazjatyckim” potęgom. A niepodległość, suwerenność jest dla nich mniej warta niż pełne brzuchy i święty spokój.
Do takiej Polski prezydent Miedwiediew może spokojnie przyjeżdżać. I pokazywać ludzką twarz cara, który troszczy się nie tylko o swój lud, ale i o innych Słowian. Pytanie tylko, czy godzimy się na to, by ceną za jego wizytę musi być nasze sprowadzenie do roli „kraju priwisliańskiego”?
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

