Ten tekst wypada zacząć od prostego stwierdzenia, że jeśli dziennikarka nie uprzedziła rozmówcy, że jest z mediów i nie nagrała tej rozmowy, to oczywiście popełniła błąd, a także zachowała się nieprofesjonalnie, a niewykluczone także, że niezgodnie z zasadami etyki zawodu dziennikarza. Ks. Adam Boniecki nie musi być śledzony tajnie, bowiem większość ze swoich poglądów głosi on całkowicie jawnie.
Stwierdzenie to nie oznacza jednak, że – jeśli ks. Boniecki powiedział to, co powiedział – to mamy na to spuścić zasłonę milczenia. Wydaje się jednak, że duchowny katolicki powinien bronić krzyża nie tylko, gdy wypowiada się oficjalnie (na przykład na łamach „Tygodnika Powszechnego”), ale także gdy mówi prywatnie, podczas spotkań autorskich. Obrona krzyża, wierność mu wpisana jest, jak się zdaje, w powołanie kapłana. I to nie tylko wtedy, gdy jest on nagrywany, ale także wówczas, gdy może mu się zdawać, że wypowiada się prywatnie (choć na publicznym spotkaniu).
Kłopotliwe jest także tłumaczenie, że ksiądz Adam Boniecki nie wiedział, że to do mediów. I to nie dlatego, że to niemożliwe, ale dlatego, że już parokrotnie zapewnienia duchownego o swojej niewinności, o tym, że on w życiu nic takiego, co potem podawały media nie powiedział. A potem okazywało się, że jednak zapobiegliwi dziennikarze nagrali rozmowy, i z nich wynika dokładnie to, co potem napisali. Tak było z TVP Info, a później z „Polską. The Times”. W obu przypadkach okazało się, że ks. Boniecki ma – ujmując rzecz maksymalnie delikatnie – spore kłopoty z pamięcią (oby tylko). I niestety ostre protesty „Tygodnika Powszechnego” nie pomagają mu w uporaniu się z tym problemem. Media, które wciąż z różnych stron, proszę o komentarz zakonnika, który ma zakaz wypowiadania się do mediów, też mu w tym zresztą nie pomagają. Dlatego proponuje wszystkim: dajmy już spokój księdzu Bonieckiemu...
Tomasz P. Terlikowski
