„Radzę redaktorowi Terlikowskiemu, żeby chociaż raz porozmawiał z takimi osobami i zobaczył, jak one kochają swoje dzieci. Kobiety z okładki wychowują dziecko jednej z nich z poprzedniego związku z mężczyzną. To nie jest tak, jak może się wydawać panu Terlikowskiemu, że ten chłopczyk jest poczęty z nasienia znajomego kolegi geja i jest kaprysem rozmówczyń, które zapragnęły mieć "dziecko zabawkę". Nie. One naprawdę kochają tego synka. Podobnie zresztą jak i inne pary homoseksualne, wychowujące dzieci, które odważyły się z nami porozmawiać na ten temat” – odpowiada na portalu naTemat.pl na moje zarzuty Renata Kim.
A ja mam do napisania tyle. Nigdzie nie stwierdziłem, że panie wychowujące owe dziecko nie odczuwają do niego mocnych emocji. To nie ulega dla mnie wątpliwości. Problem w tym, że tych emocji nie można nazwać miłością. Miłość to bowiem (między innymi) pragnienie dobra dla dziecka. A tu o żadnym dobru nie ma mowy. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale jeśli dziecko ma ojca, to jego matka powinna być z nim, a nie z homoseksualną konkubiną, bowiem dziecko potrzebuje jego, a nie drugiej kobiety w domu. I jeśli ktoś kocha swoje dziecko, to gwarantuje mu normalność, a nie patologię, którą zawsze i nieodmiennie jest dla dziecka związek dwóch osób tej samej płci.
Nie wykluczam, że to mężczyzna porzucił swoje dziecko. Ale i w takiej sytuacji miłość oznacza, że nie wchodzę z patologiczny związek dla swojej przyjemności, ale rezygnuje z niego z miłości dla dziecka. W takiej sytuacji samotne wychowywanie dziecka, rezygnacja z lesbijskiego konkubinatu jest dowodem miłości. Wejście zaś w niego, i późniejsze chwalenie się tym na łamach prasy, jest egoizmem, który z miłością do dziecka niewiele ma wspólnego. Trudno też określić dowodem miłością pomysł, by stygmatyzować dziecko opowieścią o tym w wysokonakładowym tygodniku, wystawiając je na nieuchronne kpiny i żarty kolegów i koleżanek... To także nie jest miłość, i nic mnie do tego, że to nią jest nie przekona.
Absurdalne są też argumenty Kim, która przekonuje, że historia uczy, że faceci są w ogóle niepotrzebni do wychowania dzieci.
„Często mówi się, że ojciec jest autorytetem i że tylko on może nauczyć dziecka męskości. Jest to nieprawdą. Osobom, które tak twierdzą, w tym także panu Terlikowskiemu, radzę zajrzeć do książek od historii i przeczytać, że podczas zaborów i różnych wojen, to właśnie matki, babki i ciocie wychowywały dzieci. Czy to znaczy, że wychowywały je źle?” – mówi portalowi naTemat.pl Kim.
A ja mam pytanie, czy jej zdaniem owe babcie i ciocie było homoseksualnymi konkubinami kobiet? Czy w takich domach jej zdaniem uczono dzieci przykładem spaczonej seksualności? Czy też uczona, że są takie sytuacje, w których mężczyzna ma obowiązki wobec Boga czy ojczyzny i dlatego go brakuje? Może Renata Kim nie dostrzega tej subtelnej różnicy, ale dla mnie – jako dla mężczyzny i ojca – jest ona dość oczywista. I mam wrażenie, że podobnie dla większości normalnych ludzi, których Kim uważa za niedojrzałych.

