W 2010 roku w wyniku aborcji życie straciło 641 osób. Najwięcej, bo aż 614 z nich zostało zabitych z powodu podejrzenia o to, że są chore. Wszystko zaś wskazuje na to, że u zdecydowanej większości z nich powodem zabójstwa w imię prawa był zespół Downa. Ta choroba, zdaniem ich rodziców, ale i polskich prawodawców i zwolenników kompromisu, pozbawia ich prawa do życia, a co za tym idzie dehumanizuje i depersonalizuje ich.



I niech się nie oszukują ci, którzy uznają, że aborcji im nie grozi, bo oni już się narodzili. To zwyczajna nieprawda. Jeśli uznajemy, że osobie chorej przed urodzeniem nie przysługuje prawo do życia, to dlaczego mamy przyznawać takie prawo osobie chorej po narodzinach? Nie u każdego dziecka przeprowadzono badania prenatalne, nie u każdego wykryto schorzenia, więc dlaczego nie zabijać po narodzinach? Już są przecież bioetycy – i to znani na całym świecie, którzy otwarcie przyznają lekarzom i rodzicom prawo do takiej decyzji. I już zapadły wyroki, które uniewinniały lekarzy, którzy zabili dzieci upośledzone po narodzinach.



Jeśli zaś matka ma prawo zabić dziecko, to dlaczego dziecko nie miałoby mieć prawa zabić matki czy ojca. Oczywiście nie zawsze, ale w sytuacji „trwałego i nieodwracalnego uszkodzenia cielesności”? Gdy mama ma Alzheimera, jest po wylewie czy zwyczajnie cierpi na demencję? Mamusie mogą zabijać swoje dzieci, to dzieci mogą zabijać mamusie. Z tych samych powodów – życiowych, społecznych, ekonomicznych. Prosta logika, która już się zresztą realizuje w Holandii czy Belgii. Ona dojdzie także do nas. I dopadnie tych, którzy teraz z pogardą mówią o płodach, które nie są ludźmi. Ktoś kiedyś o nich powie, że są tylko „warzywami” i też uzna, że nie mają prawa do życia. Jedyną pociechą dla nich może być to, że ich nikt nie rozerwie na strzępy, a jedynie zrobi zastrzyk albo zadusi przy pomocy zestawu do eutanazji.



Tomasz P. Terlikowski