Kolejne dni przynoszą kolejne rewelacje. A to prezydent oznajmi, że całą winę za katastrofę można zrzucić na stronę polską. Innym razem premier będzie przekonywał, że oto teraz (rychło w czas) on postawi się Rosjanom. Od czasu do czasu jakiś ekspert wspomni o możliwości współwiny za wszystko kontrolerów (ale i tak podkreśli, że większą ponoszą sami polscy piloci lub ci, którzy ich do lądowania zmusili). Do chaosu informacyjnego od czasu do czasu swoją cegiełkę dołoży też płk Edmund Klich.
I tak też jest tym razem. Nasz „akredytowany” postanowił dorzucić kilka informacji o roli kontrolerów w tym wydarzeniu. I dowiedzieliśmy się (albo się i nie dowiedzieliśmy), że kontrolerzy przez ostatni kilometr nie widzieli TU 154 na radarach i kierowali nim na ślepo. Zakwestionowane zostały też informacje o widoczności na wieży, co poddaje w wątpliwość wszystkie zeznania kontrolerów. Jeśli ta wypowiedź byłaby prawdziwa – to nie ulega już wątpliwości, że winę za katastrofę ponoszą Rosjanie. Nie wolno im było kierować samolotem na ślepo, bez wskazań radarów. I tyle.
Ale mnie dręczy pytanie: czy rzeczywiście te kolejne wypowiedzi są realnymi informacjami czy też medialno-informacyjną mgłą, która ma zaciemnić obraz rzeczywistości i chronić rzeczywistych odpowiedzialnych? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale jedno nie ulega dla mnie wątpliwości. Od samego początku Rosjanie robili wszystko, by wprowadzić do obiegu masę fałszywych informacji, by zaciemnić obraz sytuacji. A Polacy – eksperci, dziennikarze, politycy i rządzący nami – robili wszystko, by ich w tym wspomóc. Słowem razem wytwarzano mgłę, dzięki której ustalenie prawdziwych przyczyn katastrofy nigdy nie będzie możliwe, a przynajmniej znacząco utrudnione. Jeśli do tego dodać niszczenie dowodów – to obraz rzeczywistości staje się pełny.
Ta konstatacja wcale nie musi jednak oznaczać, że w Smoleńsku doszło do zamachu (choć takiej możliwości nie należy wykluczać). Możliwe są także inne scenariusze, dla których Rosjanom konieczna jest tak mocna mgła.
1. Pierwszym z nich jest uniemożliwienie ustalenia jakichkolwiek odpowiedzialnych po stronie rosyjskiej. Przy takim chaosie informacyjnym, a także przy filorosyjskości znacznej części polskich mediów, każde ustalenia prokuratury rosyjskiej będą traktowane na poważnie. A jako że prezydent Bronisław Komorowski już znalazł winnych, i to bynajmniej nie po stronie rosyjskiej, to łatwo i przyjemnie rozliczy się tę katastrofę.
2. Za katastrofą nie stoją Rosjanie, ale zależy im na tym, żeby ich sąsiedzi mieli poważne podejrzenia, że takie działania mogą być przez ich sąsiada przeprowadzane. Oczywiście nie chodzi o jakieś dowody, ale o klimat obawy, w którym Rosjanie poruszają się świetnie. Ten klimat jest już zresztą obecny. Aleksander Łukaszanka po Smoleńsku mocno zwiększył swoją obstawę. I jakoś nie wierzę, by obawiał się Polski czy Unii Europejskiej.
3. Rosjanie mają coś do ukrycia. A nie ma lepszej metody na ukrywanie prawdy niż przykrycie jej gęstą informacyjną mgłą.
4. I wreszcie powód ostatni (do pogodzenia, a nawet połączenia z pozostałymi). Dzięki skutecznej dezinformacji oraz dzięki korzystaniu z agentów wpływu i pudeł rezonansowych (oj, warto czytać „Montaż” Wołkowa!) można skutecznie skłócić wewnętrznie Polaków i grać dalej konfliktami wewnętrznymi, tak jak grano nimi przed rocznicą Katynia.
Jedno jednak można powiedzieć z całą pewnością. Takie wytwarzanie mgły byłoby o wiele trudniejsze, gdybyśmy mieli silne państwo (a nie takie, które oddaje śledztwo Rosjanom i to bez najmniejszego wahania), i gdybyśmy mieli rzeczywiście niezależne, wolne i silne media (a nie takie, które zadowalają się rolą – w najlepszym razie – stojaka do mikrofonu, a w najgorszym – przekaziciela opinii z zagranicy). Tyle z bolesną ostrością uświadamiają nam dzisiejsze wypowiedzi Edmunda Klicha. I to nawet jeśli są w pełni zgodne z rzeczywistością.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

