W mediach nie ma w zasadzie dyskusji na temat postulatów „Solidarności”. Nikt nie zastanawia się, co takiego wyprowadziło na ulice i pod Sejm tyle tysięcy pracowników? Nie ma poważnej refleksji nad pytaniami, które liderzy „Solidarności” stawiają temu rządowi (choćby takim, czy za lat dwadzieścia rzeczywiście będzie praca dla 67 latków). Zamiast tego liderzy opinii niemal jednym głosem domagają się „zrobienia porządku” z warchołami. Lech Wałęsa, wyczuwając sprawnie nastrój chwili, wezwał już nawet premiera do „pałowania”.



Pałowanie jest oczywiście prostsze niż rozmowy, a rytualne ubolewanie nad losem posłanki Pomaskiej i jej trzytygodniowego dziecka, daje więcej możliwości przypodobania się władzy, niż jasne stwierdzenie, że niezależnie od tego, czy podobała nam się forma działania NSZZ Solidarność czy nie, to była ona tylko próbą wymuszenia na władzy kontaktów z opinią publiczną. Problem polega tylko na tym, że przypodobując się władzy czy gromiąc związkowców w niczym nie przybliżamy się ani do rozwiązania problemów z reformą emerytalną, ani tym bardziej do odpowiedzi na pytanie, jakie są źródła gigantycznego społecznego protestu.



Oczywiście nie powinno to dziwić. Współczesna debata w Polsce nie ma na celu „rozumienia”, „rozwiązywania problemów” czy choćby opisywania rzeczywistości. W niej chodzi tylko o to, by „napiętnować wrogów władzy”, usprawiedliwić działania podejmowane przeciw nim” i wreszcie doprowadzić do sytuacji, w której opinia publiczna uzna, że pałowanie związkowców jest dowodem, że żyjemy w państwie demokratycznym, a szarpanie kobiety najwyższym przejawem kultury. Albo ujmując rzecz inaczej: współczesna nam debata publiczna ma sprawnie doprowadzić nas do białoruskich standardów i przekonać odbiorców, że są one najdoskonalszym urzeczywistnieniem demokracji w wydaniu Tuska.



Tomasz P. Terlikowski