Tak jestem złośliwy. Ale tylko troszeczkę. Gdy bowiem okazało się, że „eksperci” z Polski i Rosji „pomylili” (bagatela o półtora metra) w raportach dane dotyczące wysokości, na jakiej została – rzekomo – ścięta brzoza, to okazało się, że w istocie nic to nie znaczy. Brak okrzyków, że – w związku z tak dużymi nieścisłościami – trzeba powtórzyć badania czy choćby rozliczyć osoby, które – w Polsce, bo nic nam do Rosjan – dopuściły do skandalicznego błędu. Nie widać też dziennikarskich wyznawców teorii pancernej brzozy, którzy uczciwie przyznaliby, że – po takim błędzie – zwyczajnie nie można wierzyć panom Laskowi czy Millerowi, bowiem sami siebie skompromitowali.

 

I w sumie to nawet nie dziwi. Dowody, dane, liczby czy wyliczenia dla wyznawców sekty pancerniaków nie mają znaczenia. Oni przecież wiedzą, że to był wypadek, że odpowiadają za niego (w zależności od szkoły) niewyszkoleni piloci, pijany generał albo namolny prezydent, a Rosjanie są czyści jak polne lilie (bo przecieży gdyby było inaczej, to jeszcze trzeba by wyciągnąć z tego jakieś wnioski, a na to wyznawcy pancernej brzozy, nie są przygotowani), więcej oni to „wiedzieli” już w kilkadziesiąt minut po katastrofie. A potem tylko zbierali „potwierdzenia” (nie ważne prawdziwe czy nie, ważne, żeby skutecznie zaciemniały obraz) swojej teorii. I nic nie zepchnie ich z tej drogi. Ich opinia to bowiem kwestia strachu przed konsekwencjami prawdy. Bezpieczniej jest więc dla nich wierzyć – nawet jeśli wiara ta wali się w gruzy – w pancerną brzozę, która łamie się w tylu miejscach, że bohaterscy badacze, nie są w stanie ustalić nawet na jakiej wysokości.

 

Tomasz P. Terlikowski