Czytam te teksty, czytam, i co roku zastanawiam się, o co chodzi. Dla mnie, i jak się patrzę na swoich znajomych, święta to najcudowniejsze dni w roku. Gdy wnoszę choinkę i widzę roześmiane twarze dzieci, które aż skaczą, żeby móc ją ubierać, gdy obserwuje jak czekają na świętego Mikołaja, i jak krzyczą, gdy dzwonek do drzwi zadzwoni, i jak zwykle zobaczą tylko prezenty, bo „święty ma masę innych dzieci to obdarowania, więc nie miał dość czasu, by się zatrzymać” - to sam też wracam do dzieciństwa.

 

A gdy z żoną (razem – to taka informacja dla wszystkich postępowców, którzy śledzą, co też Terlikowski napisze o obowiązkach rodzinnych) przygotowujemy potrawy wigilijne, szukamy w rozmaitych miejscach przepisów na stare potrawy, które staramy się – na miarę naszych możliwości – potem odtworzyć w naszej kuchni, i dekorujemy z dziećmi stół, to mam niezwykłe wrażenia bycia razem, jak niemal nigdy w roku. I podobnie, gdy wokół stołu zbiera się różnorodna i pluralistyczna (jak to w życiu) rodzina, gdy zamiast spierać się o politykę czy światopogląd (a byłoby o co i z kim) rozmawiamy o dzieciach, Wigilii, religii i liturgii naszego dzieciństwa (tak się akurat zdarzyło, że ojcowie zaczęli nam opowiadać, jak służyli do łacińskiej mszy) – to umacnia to rodzinę, a nie prowadzi do kłótni.

 

I wreszcie, gdy na koniec tego wieczoru możemy – maluchy już spały – pójść na piękną trudencką pasterkę, gdzie każdy gest ma znaczenie, a stare kolędy, tak jak piękne czytania i symbole, przypominają niezwykłą prawdę o Wcieleniu i Objawieniu Boga – to wszystko inne traci znaczenie. A człowiek może całkowicie pogrążyć się w świętowaniu. Czego i sobie i wszystkim życzę. I furda dodatkowe kilogramy, odchudzać można się po świętach.

 

Tomasz P. Terlikowski