Irytuje mnie wciąż powracające przekonanie, że mamy walczyć o pokój aborcyjny w Polsce, że jest on taką wartością, że może usprawiedliwić całkiem realne przelewanie krwi. Premier Tusk i prezydent Komorowski otwarcie zapewniają, że oni i jego partia są gwarancją, że pokój ów nie zostanie naruszony. Problem polega na tym, że pokój, którego celem jest życie realnych ludzi (i to setek) nie jest wartością, o którą warto walczyć. Jest on raczej rzeczywistością, którą nawet za cenę ostrego sporu (bo tyle oznacza w istocie „wojna aborcyjna”) należy zmienić. Życie ludzkie jest bowiem ważniejsze niż święty spokój polityków.
I nie inaczej jest w tym przypadku. Ceną za święty spokój, za brak sporu o aborcję, jest – i trzeba mieć tego świadomość – 641 dzieci zabitych tylko w roku 2010 (liczba ta wciąż rośnie). Zdecydowana większość z nich to były dzieci, u których zdiagnozowano (a dokładniej podejrzewano) Zespół Downa. Wiele z nich zostało rozerwanych na strzępu w 23, 24 tygodniu życia, czyli w momencie, gdy mogły już przeżyć poza organizmem matki. Trudno nie zadać więc pytania wszystkim, także katolickim obrońcom kompromisu i pokoju aborcyjnego, czy rzeczywiście chcecie, żeby wasz święty spokój, żeby brak sporu był budowany na trupach tych dzieci?
Dla mnie nie ukrywam taki pokój jest g... warty. I nie zamierzam udawać, że jest inaczej. Nie może być bowiem zgody uczciwych ludzi na to, żeby tak bardzo walczyć o pokój (aborcyjny), by aż krew (nienarodzonych) się lała.

