1 sierpnia moc tego miasta czuje się szczególnie mocno. Widziałem dziś zdumienia w oczach moich dzieci (szczególnie najstarszego), gdy opowiadałem jej, że nasze miasto zostało zburzone do cna, że gdy przybywali tu moi dziadkowie, to było w nim tylko morze ruin, że Hitler i Stalin razem wydali wyrok na nasze miasto, i że ofiarami tego wyroku były nie tylko mury, ale i ludzie. Setki tysięcy ludzi, z których – jak na cmentarzu obok nas – tylko niewielką część udało się zidentyfikować. Ale przecież to nie koniec tej historii. Bo to miasto okazało się silniejsze, powstało, odbudowano je, okazało się silniejsze niż nienawiść, silniejsze niż komuna, niż hitleryzm.
I tacy powinni być Warszawiacy. Dumni ze swojej tożsamości, ze swojego miasta, ale i świadomi, że jego tradycja nakłada zobowiązanie do naśladowania. Warszawiak to ktoś, kto wie, że „każdy ma swoje Westerplatte”, że prawda, sprawiedliwość, honor, odwaga są ważniejsze niż mury, i że czasem trzeba podnosić sztandar sprawy, idei nawet wtedy, gdy ma się niemal pewność, że się przegra. Może zostaniemy opuszczeni, może nas zdradzą, ale nawet jeśli polegniemy w takiej bitwie, to pozostaniemy niepokonani.
O tym rozmawiałem z dziećmi podczas minut pod pomnikiem Polegli Niepokonani w Warszawie. Nie dlatego, bym sądził, że czeka nas jakieś kolejne powstanie, ale dlatego, że wiem, że i one i my (także ja) staniemy wobec kolejnych bitew, o życie, prawdę, honor, normalność, i albo damy się złamać, albo zwyciężymy, nawet jeśli w oczach świata poniesiemy klęskę. To jest dla mnie przesłanie mojego miasta, przesłanie i zobowiązanie, jakie pozostawili nam Powstańcy Warszawscy. Normalni młodzi ludzie, którzy pamiętali, że choć życie jest wartością fundamentalną, to są wartości od niego większe, dla których warto oddać życie.

