O prześladowaniach w Meksyku, zakazie odprawiania mszy świętej, wypędzeniu duchownych i mordowaniu powstańców, którzy domagali się prawa do praktykowania wiary, oczywiście słyszałem. Ale co innego słyszeć, a co innego zobaczyć obrazy związane z okrutnym masońsko-bolszewickim prześladowaniem chrześcijan, tylko za to, że chcieli się wyspowiadać czy uczestniczyć we mszy świętej. Te prześladowania ukazana są z niezwykłym wyczuciem, ale bez jakiegoś ich upiększania.

 

Nie ma w tym filmie także próby estetyzacji samych Cristeros. Są wśród nich zarówno mściciele, jak i zwyczajni bojówkarze, i nawet duchownych nie omija pragnienie okrutnej, aż do zapamiętania zemsty. Oni są tacy, jak my, zwyczajnymi chrześcijanami, których Bóg postawił w niezwyczajnych czasach. I próbują, jak potrafią, walczyć o to, co dla nich najważniejsze, pamiętając słowa jednego z filmowych księży, że „jeśli nie jesteś w stanie umrzeć za to, w co wierzyć, to jaką ma to dla Ciebie wartość”. Chrześcijaństwo jest w tym filmie przedstawione z ogromnym wyczuciem. Proces nawrócenia generała ateisty, który zaczyna dowodzić Cristeros z pragnienia przygody, wolności, ale i miłości do żony, nakreślony jest delikatnymi liniami, i daje nadzieję nawet największym z oglądających go ateistów.


Ale najmocniejszym elementem tego filmu jest niewątpliwie pięknie naszkicowana sylwetka bł. José Luis Sánchez del Río. Chłopca, który z ulicznego łobuza został ministrantem, obserwującym jak rewolucjoniści zabijają jego ukochanego proboszcza, później przyłączył się do powstańców, nosił u nich sztandar, a na koniec został okrutnie zamordowany za to, że nie zgodził się wyrzec Chrystusa i bluźnić przeciw niemu. Do końca krzyczał „Niech żyje Chrystus Król”. Ten młody chłopiec stał się dla mnie i mam nadzieję stanie się dla moich dzieci prawdziwym wzorem, a także przyjacielem. Przekształcając wypowiedź jednego z filmowych bohaterów: mam synów i chciałbym by byli jak bł. Jose.

 

Tomasz P. Terlikowski