Mówienie czy pisania o misji Polski jest zajęciem niebezpiecznym. Na delikwenta, który ma na to ochotę natychmiast rzucają się tabuny rozwścieczonych laicyzatorów, a także postępowych katolików, którzy z niebywałą agresją przekonują, że myślenie o misji to dowód na skandaliczny mesjanizm narodowy, którego wybaczyć nie wolno. A jednak 15 sierpnia trudno uciec od takich myśli. Zwycięstwo nad bolszewikami, zwane (nie bez racji, co pokazuje w innym tekście) „cudem nad Wisłą”, niezwykle mocno określiło zadania, jakie stały przed Polską w XX wieku, i które stoją przed nami w wieku XXI.
Benedykt XV w orędziu do biskupów świata podkreślił, że polscy żołnierze walczący z bolszewią są chrześcijańskimi rycerzami broniącymi Europy przed zalewem barbarzyństwa. I tak rzeczywiście było. Gdyby nie tamto zwycięstwo, wsparte modlitwą i cudem, świat po I wojnie światowej wyglądałby zupełnie inaczej, bowiem komuniści dotarliby do Berlina, a być może i do Paryża i tam proklamowali Republikę Rad. Dwadzieścia cztery lata później wielka ofiara Powstania Warszawskiego także zatrzymała marsz bolszewików na Zachód, i prawdopodobnie uchroniła Francję przed zajęciem jej przez sowiecką armię. I znowu, jak w przypadku Bitwy nad Wisłą, trudno przecenić znaczenie tego faktu dla dalszych dziejów Europy, i trudno nie dostrzec, że to Polska stała się obrońcą zachodniej cywilizacji przed bolszewicką nawałą.
Trzecim wielkim zwycięstwem Polski i Polaków (okupionym także ogromną ofiarą, jaką jest umocnienie „Polactwa”, by posłużyć się niezwykle nośnym terminem Rafała Ziemkiewicza) było obalenie komunizmu. Nie byłoby ono możliwe bez wielki kapłanów kardynała Stefana Wyszyńskiego, bł. Jerzego Popiełuszki, ks. Franciszka Blachnickiego, bez oaz, obchodów Wielkiego Millenium Chrztu Polski, bez „Polski parafialnej”, ale przede wszystkim bez Jana Pawła II i wielkiego ruchu Solidarności. Ten ostatni stał się także wielkim wkładem Polski w nauczanie społeczne Kościoła, bowiem termin ten na stałe wszedł w jej skład za sprawą właśnie polskich związków zawodowych i myśli ks. Józefa Tischnera (tej jego zasługi nie powinny przesłaniać spory o ocenę jego późniejszego zaangażowania politycznego). Obalenie komunizmu w 1989 roku jest więc kolejnym „cudem nad Wisłą”. I choć można ubolewać, że tamta rewolucja nigdy nie została dokończono, że jako naród odrzuciliśmy propozycję Jana Pawła II z roku 1991, by budować demokrację wartości, to nie sposób nie dostrzec realności przemian i roli w nich duchowego komponentu.
Zadanie bycia przedmurzem chrześcijaństwa, obrońcą starej cywilizacji przed zakusami rozmaitej maści nowych pogan czy barbarzyńców nie dobiegło jednak końca. Dzisiaj nie grożą nam już (a przynajmniej nie w takim stopniu) bolszewicy z Rosji, nie zmienia to jednak faktu, że komunizm (w wersji Gramsciego) jest nadal żywy. Teraz bolszewiccy zagończycy nie walczą jednak o ziemię, a o kulturę, wiedząc, że kto ja zgarnie, ten bierze wszystko. Na Zachodzie udało się im już wygrać nie tylko bitwę, ale całą wojnę. Partie konserwatywne, całe wyznania chrześcijańskie, a nawet część duchownych katolickich jest już po ich stronie.
W Polsce jednak wciąż toczy się wielka bitwa o przyszłość naszego kraju, a szerzej Europy. U nas nowym bolszewikom nie udało się jeszcze wziąć wszystkiego. A nawet mocniej naszym politykom, publicystom, kapłanom wciąż udaje się odwojowywać kolejne fragmenty zniszczonej cywilizacji. Już na początku lat 90. ograniczyliśmy prawną dopuszczalność zabijania nienarodzonych, a w poprzedniej kadencji udało się wprowadzić pod obrady Sejmu projekt obywatelski całkowitego zakazu aborcji. Wciąż toczy się u nas także bitwa – przegrana w wielu krajach – o małżeństwo i miejsce rodziny. Inaczej niż w Europie Polacy pozostają też narodem katolickim, z wciąż żywą wiarą i praktykami katolickimi. Oczywiście dostrzec, i u nas, można mocne tendencje laicyzacyjne, ale pielgrzymki (mniej liczne, ale bardzo gorliwe) czy spotkania młodych organizowane przez rozmaite zakony, uświadamiają, że wiary w Polakach wciąż nie dało się zabić.
Aby jednak mieć pewność, że zwyciężymy, że nie damy się neobolszewickiej zarazie musimy sięgnąć po sprawdzone w historii metody. A najlepszą z nich jest krucjata modlitewna. To ona pomogła w zwycięstwie na polach Radzymina, i ona może doprowadzić także obecną Polskę do odrodzenia. To, co udało się w Kolumbii (czego niezwykłym świadectwem pozostaje film Dominika Tarczyńskiego) może udać się także w Polsce. A zależy to przede wszystkim od naszej wytrwałości modlitewnej. Dlatego do różańców, panie i panowie, do Krucjaty Różańcowej.
Tomasz P. Terlikowski
Felieton ukazał się w dzisiejszym numerze „Gazety Polskiej”

