Nie zamierzam odmawiać ateistom prawa do wywieszania jakich chcą billboardów. Mogą sobie na nich napisać, co im się żywnie podoba. A słowa, które mają eksponować nikogo nie powinny obrażać. Ateiści mogą wierzyć, że nie są sami, bo przecież jest z nimi Palikot, mogę też przekonywać (choć akurat to nie jest szczególnie proste, gdy widzimy jak ateistyczna cywilizacja rezygnuje z kolejnych zasad i norm), że moralność bez religii jest możliwa.

 

Problem z tą akcją jest inny. Otóż nie ma ona na celu wspierania ateistów czy budowania ich wspólnoty, ale reanimację politycznego trupa, jakim jest Ruch Palikota. Jego posłowie, choć starają się jak mogą, zmieniają kiecki, podmalowują sobie oczka, a nawet co jakiś czas zgłaszają projekty, powoli znikają z życia społecznego. Ich pomysły są odrzucane, a i dla wyborców posłowie LGTB (a można by do tego dodać jeszcze kilka innych mniejszości) stracili już powab świeżości. Stąd Palikot i jego partia wraca do sprawdzonych pomysłów wywoływania sztucznej wojny religijnej, która jest jedyną jej siłą. To właśnie na niej Palikot kręci swoje poparcie, i ono jest jedynym argumentem, by na niego głosować...

 

Ateiści nie powinni się jednak na jego akcje nabierać. Jeśli Palikot wywiesza plakat, że „ateista nie jest sam”, to wyłącznie po to, by zasugerować mu, że obok niego jest facecik z Biłgoraja. A ja, nawet gdybym był ateistą, co mi nie grozi, wolałbym chyba zostać sam, niż mieć obok siebie faceta z wibratorem, który zmienia poglądy jak rękawiczki, bywa chrześcijaninem, buddystą, ateistą równocześnie. Gdyby zaś zaszła taka potrzeba, gdyby sondaże się zmieniły, byłby gotowy razem z Robertem Biedroniem i Anną Grodzką zorganizować marsz dziewic... A potem zrobić akcję billboardową na ten temat.

 

Tomasz P. Terlikowski