Zacznijmy od refleksji, wciąż w Polsce, nieoczywistej. Otóż „Amoris laetitia” wprowadza pewne zmiany. Papież opowiedział się w niej (nawet jeśli z licznymi zastrzeżeniami) po stronie kard. Waltera Kaspera. Istotą problemu nie jest jednak, i to wbrew wciąż powracającym zapewnieniom nawet najbliższych współpracowników papieża, tylko „pełna integracja osób w nieregularnych związkach” w Kościele, ale… pytanie o relację między etyką sytuacyjną a etyką prawa naturalnego. Św. Jan Paweł II jasno w encyklice „Veritatis splendor” odrzucił sytuacjonizm w teologii katolickiej, a Franciszek – na nieco innym poziomie i z pewnymi zastrzeżeniami – w adhortacji „Amoris laetitia” - przywrócił go uwadze teologów i duszpasterzy.

Spór o to, czy należy, i w jakich okolicznościach, etykę sytuacyjną czy sytuacjonizm, stosować w duszpasterstwie trwał od dawna. I choć wydawało się, że na poziomie Magisterium został on rozstrzygnięty w momencie publikacji „Veritatis splendor”, to Franciszek otworzył go ponownie. Nie zamknął, bo sam papież wskazuje, że spór pozostaje otwarty, aż do momentu jego zamknięcia przez Ducha Świętego w Kościele, ale niewątpliwie otworzył. I teraz, pośród kurzu sporów, także tych medialnych, będzie się on toczył. Duch Święty będzie teraz prowadził Kościół w kierunku głębszego zrozumienia, w którym zachowana zostania zarówno wartość obiektywnych norm moralności i prawa naturalnego (tak mocno obecna w „Veritatis splendor”), jak i o wiele silniejsze otwarcie na sumienie i jego autonomię (to silniej obecne w „Amoris laetitia”). Spór między tymi dwoma wizjami będzie się toczył, aż wreszcie - Duch Święty - doprowadzi nas do harmonii (nie syntezy) Prawdy.

Aby zacząć tą drogę trzeba sobie jednak jasno powiedzieć - z jednej strony - dokument Franciszka coś zmienia i co więcej jest on Magisterium Kościoła. Magisterium, z którym trzeba się zmierzyć i liczyć. Z drugiej trzeba też powiedzieć zupełnie jasno, że musi on być czytany w hermeneutyce ciągłości (niezależnie od deklaracji jego liberalnych komentatorów) z nauczaniem poprzedników. Zamilczanie go, udawanie, że nic się nie stało, nie jest rozwiązaniem. Trzeba podejść do tego dokumentu i otwartej przez niego debaty (wcale nie dotyczącej tylko osób w sytuacjach nieregularnych, ale całej masy innych kwestii etycznych).

Adhortacja „Amoris laetitia” wpisuje się także, w otwartą jakiś czas temu przez Franciszka, debatę nad decentralizacją Kościoła. Wyraźnie widać, że wiele problemów papież chce powierzyć do rozstrzygnięcia episkopatom lub wręcz biskupom. I choć można mieć wiele zastrzeżeń do tego pomysłu, to trudno odrzucić samą debatę, tym bardziej, że proponuje ją Namiestnik Chrystusowy.

Trudna debata szykuje się na wiele lat. I wiele w niej będzie argumentów. Papież sam zresztą do ich formułowania zachęca, sygnalizując, że można mieć inne stanowisko duszpasterskie niż on sam. Jeśli czegoś się obawiam to jedynie tego, że będzie się ona toczyła w świetle reflektorów medialnych i z uczestnictwem mediów, którym zależeć będzie, by zasiać jeszcze większy zamęt w sercach wiernych. Ale z Duchem Świętym drogę tę przejdziemy.

Tomasz P. Terlikowski