640 dzieci w roku 2010 to cena, jaką płacimy za brak wojny aborcyjnej. A koszt ten płacimy, bo „wojna” ta jest takim zagrożeniem, którego mogłaby nie znieść polska demokracja – przekonywał mnie wczoraj prof. Tomasz Nałęcz. Niestety doradca prezydenta nie chciał odpowiedzieć na pytanie, czy jego zdaniem rzeczywiście „wojna” ta jest tak straszliwa, że nawet za cenę jej wywołania warto spróbować uratować życie choć jednego dziecka z zespołem Downa? I czy może jego uśmiech nie jest więcej wart, niż święty spokój prezydenta, premiera i polityków?
Nie odpowiedział mi również pan profesor na pytanie, czy gdyby ceną za spokój społeczny było życie 600 profesorów rocznie, to on również byłby gotów je poświęcić (biorąc pod uwagę, że i na niego może przyjść taka okazja), byle tylko uniknąć przerażającej „wojny”, czyli mówiąc wprost debaty. Pytanie to miało być demagogią, na którą sam profesor nie jest w stanie odpowiedzieć. A ja niestety jestem. I wiem, że moje pytanie było retoryczne. Państwo poświęciło godność i prawdę o śmierci 96 najważniejszych osób w państwie, byle tylko nie naruszyć Spokoju.

