Rok 2010 rozpada się w dziedzinie kościelnej jakby na dwie części. Pierwsza to okres wielkiego triumfu. Po katastrofie smoleńskiej okazało się bowiem, że dla języka katolicyzmu i chrześcijaństwa nie ma realnej alternatywy. Gdy dochodzi do tragedii, gdy zaczynamy szukać jej sensu czy odczytywać jej bezsensowność, jedynym dostępnym nam wszystkim (niezależnie od wyznania czy praktykowania) językiem, jedyną symboliką jest chrześcijaństwo w jego katolickiej wersji.

Po 10 kwietnia na ulicach było to widać. Ludzie, wspólnie, niezależnie od religijności czy wyznania, odmawiali koronkę do Miłosierdzia Bożego. W miejscach, które skupiało uwagę, stawiano krzyże. Wszystkie (niemal - z jednym wyjątkiem) uroczystości pogrzebowe miały religijną oprawę. A studenci wyświetlali na akademikach znak krzyża. Ten szczególny, choć poprzedzony gigantyczną tragedią, czas pokazał nam również, że potrafimy na powrót stać się narodem. I to narodem chrześcijańskim, mocnym przywiązaniem, poszukiwaniem sensów w wierze.

Tyle wymiar doczesny. Ale 10 kwietnia, z całą swoją bogatą symboliką, miał również wymiar religijny. Był on szczególnym, być może ostatnim, wezwaniem do wielkiego nawrócenia Polaków, do podjęcia misji, jaką nakłada na nas Bóg przez objawienia Miłosierdzia Bożego, ale także przez posługę Jana Pawła II. Święta Faustyna czy Jan Paweł II nie mają nam bowiem poprawiać samopoczucia, ale powinni się stać wyzwaniem do podjęcia wysiłku. Ich przykład powinien nas skłaniać do misji, świadectwa, zmieniania tak Polski, jak i Europy!

I choć za wcześnie jeszcze na stawianie ostatecznych odpowiedzi, to można mieć wrażenie, że to wezwanie zostało po raz kolejny zagłuszone, zlekceważone, upolitycznione. Tragedia smoleńska z wielkiego wezwania do Polaków została przekształcona (przez obie, podkreślam obie, strony) w kolejny element brutalnej, politycznej rozgrywki. Krzyż, który był znakiem pamięci, stał się błyskawicznie znakiem dzielącym Polaków i przeszkodą w sprawowaniu władzy dla prezydenta (deklarującego swój katolicyzm). Szybko okazało się też, że niespecjalnie interesuje nas realny katolicyzm kandydatów, i że wybory można wygrać (z poparciem części hierarchów) otwarcie lekceważąc jasne nauczanie Kościoła. A kandydat, który otwarcie taką wierność deklaruje, zdobywa raptem dwa procent poparcia.

A potem z każdym dniem było tylko gorzej. Zaczęła się zmasowana akcja zwolenników Janusza Palikota, akcja ośmieszania, oczerniania, obrzydzania Kościoła. Jej zwieńczeniem był 10 sierpnia, gdy tłum młodych ludzi krzyczał pod Pałacem Prezydenckim „chcemy Barabasza”. Większość z nich zapewne nie wiedziała, co czyni, ale taka deklaracja jest całkowicie oczywista. „Chcemy Barabasza” oznacza „nie chcemy Jezusa”… To w Warszawie, a w Przemyślu już otwarcie profanowano krzyże. Politycy zaś… Politycy z jednej strony eskalowali konflikt domagając się od Kościoła – i to ustami niekiedy ministrów czy rzecznika rządu – poparcia swojego stanowiska, albo wykorzystując krzyż do własnej rozgrywki… I tylko ludzi spod krzyża, którzy czekali na duchownych, którzy z nimi będą, żal! Żal, bo oni walczyli o swoją godność, o pamięć, o standardy, a nie o doraźne korzyści polityczne.

Stopniowo zmieniał się także język mediów. To, co jeszcze kilka miesięcy temu było niemożliwe, teraz stawało się rzeczywistością. Język rodem z „Nie”, za pośrednictwem Janusza Palikota i mediów, zagościł na salonach i w studiach telewizyjnych. Ataki na katolicyzm (wypowiadane często na wyższym poziomie niż brukowe działania posła z Biłgoraja) uznane zostały za w dobrym tonie. A byli księża profesorowie Tadeusz Bartoś czy Stanisław Obirek na trwale zagościli w studiach i na łamach gazet. Jeśli do tego dorzucić skandal wokół kościelnej komisji majątkowej (zawiniony także przez stronę kościelną, której część skorzystała w nadziei zysku z usług byłego esbeka), to obraz zmiany sytuacji staje się w miarę pełny.

Czarne tło nie powinno przesłaniać jednak również sukcesów. Otóż w drugiej połowie roku okazało się, że jeśli podejmie się realne działania, jeśli hierarchia mocno przypomni, jakie jest nauczanie Kościoła, to można odnieść sukcesy. Takim sukcesem jest choćby głosowanie w sprawie in vitro, w którym wygrał projekt bliski (choć nie identyczny) nauczaniu Kościoła. To pokazuje, że jeśli weźmie się do pracy, jeśli zamiast rozmywać nauczanie Kościoła będzie się je jasno głosić, to będzie można skutecznie bronić życia!

Ale końcówka roku to znów defensywa. „Gazeta Wyborcza” wytoczyła bowiem najcięższe działa przeciw polskiemu Kościołowi i zaczęła debatę nad listem ojca Ludwika Wiśniewskiego. List był dla niej tylko pretekstem do uznania, że największym wrogiem polskiego Kościoła jest Radio Maryja, a polscy księża są antysemiccy. A w istocie – i tu trudno nie zgodzić się z arcybiskupem Józefem Michalikiem – chodzi zaś o to, by pewnej części opinii publicznej czy pewnemu rozumieniu chrześcijaństwa zamknąć usta, by skazać je na wieczny margines. Tak, by o tym, co jest katolickie, a co nie jest, mogli decydować do spółki Adam Michnik z Katarzyną Wiśniewską.

Groźne w tej sprawie nie jest jednak to, że list został opublikowany, ale raczej ton, w jakim o nim w mediach rozmawiano. Ja długo jeszcze nie zapomnę sceny w studiu u Tomasza Lisa, gdy na koniec programu powiedziałem, że lekarstwem na choroby katolicyzmu w Polsce nie są medialne debaty czy komisje, ale świętość. I wtedy dwóch duchownych zaczęło się ironicznie śmiać… To też jest ważny symbol tego, co się dzieje! I wskazanie na to, co jest rzeczywiście niebezpieczne.

Podsumowując zaś rok 2010 trzeba sobie powiedzieć zupełnie jasno: to, co będzie z niego wynikać dla przyszłości, zależy wyłącznie od nas. Jeśli podejmiemy misję powierzaną nam przez Opatrzność, jeśli zaangażujemy się w głoszenie Ewangelii Jezusa Chrystusa, jeśli podejmiemy wysiłek świętości i pójdziemy drogą siostry Faustyny, księdza Jerzego, Jana Pawła II, Maksymiliana Marii Kolbego i tylu innych, wówczas ten rok będzie wstępem do wspaniałego odrodzenia naszej wiary, a co za tym idzie do wypełniania misji, jaka przed nami stoi. Jeśli jednak pozostaniemy bierni lub sprowadzimy wszystko wyłącznie do wymiaru politycznego, to wówczas rok 2010 stanie się wstępem do przyspieszonej laicyzacji Polski. Wybór należy do nas! Od nas zależy, w jakim kierunku pójdzie Polska.

I w przeddzień Nowego Roku trudno nie życzyć nam, byśmy wybrali dobrze. Tak, by nasze dzieci mogły żyć w Polsce, która jest silna Bogiem, i która jest zawsze wierna.

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »