Straszny to postulat, bo tyczy bezpośrednio życia ludzkiego. Dziecko w łonie matki to człowiek, którego życie powinno być bezwzględnie chronione i ratowane, jeśli medycyna potrafi to czynić. A potrafi. Przykładem urodzona w zeszłym roku w grudniu w Neapolu dziewczynka. Cesarskie cięcie wykonano w siódmym miesiącu ciąży, czynności życiowe matki utrzymywane były przez 117 dni.
Dla lekarzy nie ma wątpliwości, że rozwój dziecka zależy od obiegu krwi i odżywiania matki. Jeżeli krew przepływa przez macicę i łożysko, matka jest odżywiana, to nie powinno być problemów z ciążą. Choć głowa nie pracuje, a matka jest w śpiączce, dziecko może bezpiecznie doczekać do momentu narodzin w jej macicy. I co najważniejsze, może urodzić się zdrowe. Dowodem historia 24-letniej Amerykanki, Chastity Cooper. Kobieta w wyniku wypadku samochodowego znalazła się w śpiączce. Była wówczas w drugim tygodniu ciąży. Choć lekarze obawiali się o rozwój dziecka, postanowili nie przerywać ciąży. W 38. tygodniu na świat drogami natury, jedynie z pomocą leków przyspieszających poród, przyszła zdrowa dziewczynka, Alexis Michelle. Zaopiekował się nią ojciec i dwaj starsi bracia.
Tymczasem „Gazeta Wyborcza” postuluje odstąpienie od ratowania dzieci w tak dramatycznych sytuacjach: „Podtrzymywanie funkcji życia w celu kontynowania ciąży przekracza nasze wyobrażenia o tym, jak powinna być zwykła kolej rzeczy” – pisze Karolina Domagalska w „Wysokich Obcasach”. I choć wiele terapii czy zabiegów ratujących życie przekracza nasze wyobrażenia, nie oznacza, że należy ich zaniechać, a chorych (lub zdrowych – tak jak w przypadku dzieci matek w śpiączce) spisać na straty. Bo przecież to kosztuje. „Do kogo należy decyzja o sztucznym podtrzymywaniu przy życiu ciężarnej kobiety? Czy to lekarze będą podejmować taką decyzję? Czy to oni będą płacić za opiekę nad wcześniakiem czy kaleką?” – pyta Domagalska.
Medycyna ma to do siebie, że stawia lekarzy każdego dnia wobec wyborów. Czasem heroicznych. I kosztownych. Tyle że lekarz najpierw myśli o ratowaniu pacjenta, a dopiero potem o kosztach. Bo ludzkiego życia na pieniądze nie da się przeliczyć. To tylko odhumanizowana medycyna nie widzi człowieka, tylko tabelki z wydatkami. Warto przypomnieć w tym kontekście przysięgę Hipokratesa: „Będę stosował zabiegi lecznicze wedle mych możności i rozeznania ku pożytkowi chorych, broniąc ich od uszczerbku i krzywdy”. A skoro medycyna pozwala na utrzymywanie matki w śpiączce przy życiu, dopóki rozwija się w niej inne życie, to powinnością lekarza jest to życie ratować. Jeśli zgadzamy się na to, by na etapie prenatalnym przeprowadzać kosztowne operacje np. serca u dzieci nienarodzonych, to tym bardziej powinniśmy ratować te dzieci, których matki z jakiegoś powodu, np., wypadku, zapadły w śpiączkę.
W felietonie Karoliny Domagalskiej znów powraca kwestia tak bardzo omawiana w przypadku choćby prof. Chazana. Czy lekarz ma prawo kierować się własnym światopoglądem, budować sztukę lekarską na fundamencie wartości, czy powinien być bezdusznym cyborgiem, który poglądy zamyka w szafce, z której wyciąga fartuch i szpitalne klapki? „Jeżeli przekonania religijne czy filozoficzne nie pozwalają lekarzowi pozostać neutralnym światopoglądowo, nie pewien wykonywać tego zawodu” – przekonuje felietonistka „Wysokich Obcasów”. Czym jest więc owa neutralność światopoglądowa? Jak ona ma się przejawiać? Czy w kwestii ratowania życia ma ona rację bytu? Czy wybierając postawę proponowaną przez „Gazetę Wyborczą” lekarz nie ustawia się po jakieś stronie? W końcu opowiedzenie się za światopoglądową neutralnością jest przyjęciem jakiegoś filozoficznego przekonania. A uznanie, że pewnych ludzi nie należy ratować, bo ich życie za drogo kosztuje, jest światopoglądem tym bardziej. Światopoglądem eutanazistów, którzy są przekonani, że pieniądze należą się zdrowym, a na chorych nie ma co ich tracić.
Małgorzata Terlikowska
