Co trzecia kobieta wśród nas jest morderczynią, zabiła własne dziecko, a reszta to jej cisi wspólnicy, ci, którzy wiedzą, ale milczą, albo wręcz tacy, którzy ją do tego nakłaniali, kto wie, czy nie zmuszali. Zobaczmy to w autobusie, na ulicy, w kościele. W gronie znajomych, w pracy. Tak chyba widzą świat Terliki, a to z kolei musi mieć wpływ na ich równowagę psychiczną, na stosunek do innych, na sposób budowania własnej tożsamości. Takie życie w świecie, gdzie wszyscy są zamieszani w zbrodnię. Nie wiem, jak można to wytrzymać, i naprawdę współczuję”. Spieszę donieść pani Kindze Dunin, że o swoją równowagę psychiczną się nie martwię. Ale mam oczy i widzę, że ogromna niechęć do rodziny i dzieci nie bierze się z niczego. Jako że jestem osobą dość empatyczną również współczuję pani Dunin, jak można tego faktu nie dostrzegać. Aborcja to nie wyrwanie zęba, czy usunięcie wyrostka robaczkowego. To nie żaden zabieg, to zabicie nienarodzonego dziecka. „Sposób, w który były traktowane te usunięte dzieci, często był makabryczny. Pamiętam, jak nieraz leżały pozostawione na małej tacce przy toalecie. Niektóre jeszcze żyły. Przechodząc obok można było usłyszeć słabe kwilenie lub zobaczyć spowolniony ruch. Takie obrazy są jak przebłyski i kiedy przychodzą mi do głowy – są nie do wytrzymania, powodują wręcz fizyczny ból” - mówiła w wywiadzie dla kwartalnika Fronda rumuńska lekarz ginekolog dr Monika Campean, która przez wiele lat swojego zawodowego życia wykonywała aborcje.

Ten, kto myśli jak „Terliki” popełnia kolejną zbrodnię: „Od przedszkola wbija się ludziom do głowy, że aborcja to zabijanie dzieci, co prawda nienarodzonych, ale jednak dzieci. I postawy społeczne do tego się dostosowują, a im młodsze roczniki, tym bardziej konserwatywne. (Przy okazji, częściej przerywały ciążę kobiety deklarujące prawicowe poglądy)” – pisze Kinga Dunin. I to straszny zarzut pod adresem obrońców życia. Jeśli w łonie kobiety nie ma dziecka, to co jest? Gruszka, królik? Dziś, przy tak powszechnym dostępie do USG, nikt nie powinien mieć wątpliwości, że kobieta pod swoim sercem nosi dziecko. Dziecko to przechodzi przez różne etapy rozwoju, co nie zmienia tego, że od momentu poczęcia jest to człowiek mający swoją nienaruszalną godność. Po raz pierwszy małego człowieka, z bijącym sercem, na monitorze USG może zobaczyć już w 6-7 tygodniu ciąży. Wiele aborcji, wykonywanych nawet przez kobiety o poglądach prawicowych (częściej jednak mniej wykształconych) być może wynikało z niewiedzy. Przy dzisiejszej technice wątpliwości być nie może.

Aborcja, wbrew temu, co lansują zwolennicy tegoż procederu, nie jest wyłącznie sprawą kobiety, choć faktycznie i fizycznie, i psychicznie najbardziej skutki aborcji dotykają właśnie kobietę: „One {kobiety, które dokonały aborcji – przyp. MT} powinny wiedzieć, że w momencie zajścia w ciążę zostają matkami swoich dzieci. Nawet jeśli dokonają aborcji, nadal pozostaną matkami tych dzieci, a te dzieci ciągle będą istniały. Nie ma odwrotu od tej sytuacji. Jeśli kobieta zachodzi w ciążę, nie może już cofnąć czasu. Jeśli zdecyduje się na aborcję, czeka ją trauma, ponieważ zamiast być matką żywego dziecka, zawsze będzie matką martwego dziecka. Nie można pozbyć się ciąży, uśmiercić własne dziecko, bez ponoszenia konsekwencji” – mówiła dr Monika Campean. Ale zabicie nienarodzonego dziecka rzutuje także na ojca, czasem rodziców, teściów, a na pewno na pozostałe dzieci (że wspomnę tylko „syndrom ocaleńca”). I nie da się od tego uciec. Konia z rzędem temu, kto mnie przekona, że wszystkie te kobiety świadomie i dobrowolnie zabiły swoje dzieci, bo miały taki kaprys. Nie, za tą tragiczną decyzją stoi często przymus, bo mąż czy parter szantażuje, że odejdzie, bo rzuca pieniądze i mówi, że to nie jego problem i to kobieta sama ma się go pozbyć (ciekawe, że jak powoływał dziecko do życia, to była to też jego sprawa). Bo w domu ciasno i kolejne dziecko się nie zmieści, bo nas nie stać, bo właśnie awansujemy. Powodów można wyliczać bez liku. Traumy związane z aborcją dotykają także lekarzy i pielęgniarki: „Jeśli matka, która miała jedną lub kilka aborcji, przeżywa i przypomina sobie na przykład datę urodzenia dziecka lub dzieci, których już nie ma, to w przypadku lekarzamożecie sobie wyobrazić, ile razy czuje ten ból serca, kiedy liczy, ile istnień ludzkich zostało przez niego zgładzonych”.

Kobiety po aborcji naprawdę cierpią, czasem od razu, czasem traumy te wracają po latach. „Dopiero teraz (…) przypomina mi się każdy szczegół – jak konkretna kobieta trafiła do mnie, o czym opowiadała, będąc u mnie w gabinecie, jak się w jej przypadku toczył cały proces, jak leżała w łóżku i płakała, bo prawie za każdym razem kobiety płaczą, gdy przechodzą aborcję. I nie płaczą z powodu bólu, lecz dlatego że zawsze zdają sobie sprawę z tego, że coś zostało utracone. Próbowałam je wspierać, pomagać przejść przez ten moment. Czasem sama bywałam wzruszona i mimo że płakałam wraz z nimi, myślałam, że to, co się stało, było konieczne. Że był to etap, przez który ktoś przeszedł, dlatego że był konieczny” – mówiła dr Monika Campean.

I na nic zda się sarkazm pani Dunin, bo czy tego chcemy czy nie, wszyscy bezpośrednio lub pośrednio jesteśmy w aborcję zaangażowani. Dane przytoczone przez CBOS mnie jako kobietę i matkę dodatkowo przygnębiają, że tak wielkie było przyzwolenie społeczne na mordowanie dzieci. Z tego, że coś było dozwolone, nie wynika, że było to równocześnie dobre.