Do tej pory „wstrzymanie” kojarzyło mi się z Mikołajem Kopernikiem. Wszak w szkole wpijano nam do głowy, że to właśnie on „wstrzymał słońce, ruszył ziemię”. Dziś określenie to zagospodarowali zwolennicy aborcji. Aborcji – działania drastycznego, które niesie ze sobą śmierć. I bez względu na słowną ekwilibrystykę nic rzeczywistości aborcji nie zmieni. Jak bowiem określić działanie, przed zastosowaniem którego mamy do czynienia z żywym człowiekiem (nawet jeśli jest on na najwcześniejszym etapie rozwoju), a po jego zakończeniu mamy zwłoki, albo jak kto woli „odpad medyczny”? Zwolennicy aborcji stosują najrozmaitsze określenia na działanie, którego skutkiem jest pozbawienie życia rozwijającego się w łonie matki dziecka.
„Terminacja” czy „indukcja” brzmią naukowo. Z kolei „wywołanie miesiączki” ma odwrócić uwagę od sedna sprawy. Dość dużym powodzeniem cieszyło się też określenie „przerwanie ciąży”, ale powoli zostaje ono zastępowane przez określenie „wstrzymanie ciąży”. „Barbarzyński projekt karania kobiet więzieniem za wstrzymanie ciąży trafi pod obrady parlamentu” – pisze na portalu gazeta.pl Agata Szczęśniak z „Krytyki Politycznej”. W swoim felietonie konsekwentnie używa tego określenia jako synonimu słowa aborcja. „Kobiety ciąże wstrzymywały, wstrzymują i będą wstrzymywać. Robiły to w starożytności, robią to w XXI wieku. Ciąże zatrzymują mieszkanki Paryża i Hajnówki, Mińska Mazowieckiego i Budapesztu’ – pisze lewicowa publicystka. I jeszcze jedno zdanie: „Czasem, jeśli antykoncepcja nie wystarczy, możemy ciążę wstrzymać bardzo wcześnie - przy użyciu pigułki "dzień po". Czasem, niestety, pozostaje samotne stanie w kolejce po bilet do Berlina albo Bratysławy, gdzie można bez problemu wstrzymać ciążę”.
Czym więc „wstrzymanie ciąży” różni się od „przerwania ciąży”? Niczym, niemniej na gruncie języka brzmi nieco łagodniej. Przerwanie to przecież działanie nieodwracalne. Słownikowa definicja (Słownik Języka Polskiego PWN) wprost mówi o tym, że przerwanie ciąży to usunięcie zarodka lub płodu. Tu z pomocą przychodzi „Codziennik Feministyczny”, który wyjaśnia, na czym to usunięcie polega. „Aborcję dzieli się na chirurgiczną, tj. taką, w której usuwanie ciąży jest wynikiem zabiegu, i farmakologiczną, polegającą na przerywaniu ciąży za pomocą środków chemicznych. W Polsce stosuje się głównie łyżeczkowanie, popularnie zwane „skrobanką”, które polega na rozszerzeniu szyjki macicy i usunięciu płodu za pomocą podobnego do łyżeczki narzędzia. Za granicą ta metoda została zastąpiona mniej stresującą i dolegliwą dla kobiet metodą próżniową, polegającą na rozszerzaniu szyjki macicy i opróżnianiu macicy przy pomocy ręcznej lub elektrycznej pompki”. Było więc dziecko i dziecka nie ma, a w zasadzie nie ma „produktu zapłodnienia”, bo to takim określeniem zwolennicy aborcji lubią się posługiwać. Innymi więc słowy, przerwanie ciąży to nieodwracalna eliminacja zawartości kobiecej macicy.
A jak jest ze „wstrzymaniem”? Słownikowa definicja nie pozostawia wątpliwości. Wstrzymać to spowodować zatrzymanie się czegoś będącego w ruchu, odłożyć na później, zawiesić coś, a także powstrzymać się przez chwilę od czego. Czy więc wstrzymanie ciąży to zawieszenie jej na jakiś czas? To pozwolenie na to, by dziecko przez jakiś okres czasu nie rozwijało się, a potem – jeśli zdecydujemy inaczej – znów mogło się do porodu rozwijać? Czy to sugerowanie, że aborcja jest działaniem odwracalnym, że nie wiąże się z zabiciem dziecka? Czy może to tylko określenie, które ma stępić zmysł moralny i uspokoić sumienie?
Mam nieodparte wrażenie, że służy ono wyłącznie uspokojeniu sumienia i przekonania kobiety, że w gruncie rzeczy niczego złego nie zrobiła. Tyle że to kłamstwo. „Wstrzymanie ciąży” to nic innego jak zabicie własnego dziecka, tyle że wyrażone w bardziej zawoalowany sposób. Czy ktoś się na to jeszcze nabierze?
Małgorzata Terlikowska
