Raport ten powinni przeczytać wszyscy, którzy tak bardzo lobbują za procedurą in vitro, a lekarzy wykonujących te zabiegi gotowi tytułować są „Bogami”. Lobby in vitro zadbało o to, by do opinii publicznej docierał emocjonalny przekaz z różowym bobasem w roli głównej. Tymczasem to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami i wysokimi płotami klinik sztucznego zapłodnienia woła o pomstę do nieba. Szantaże, upokorzenia, brak procedur odwoławczych, zrzeczenie się wszelkich roszczeń. Wszystko w imię ogromnych pieniędzy, które ludzie gotowi byli wyłożyć, by doczekać się potomstwa.

Stowarzyszenie Nasz Bocian przebadało 35 z 42 działających na rynku, obraz, który wyłania się w raportu, jest tyleż miarodajny, co przerażający. „Nasz Bocian” doliczył się ponad 200 krzywdzących zapisów w umowach między klinikami a przyszłymi rodzicami. Najbardziej rażąca była sytuacja, w której pacjent podpisując „świadomą zgodę na zabieg”, automatycznie zrzekał się roszczeń odszkodowawczych. Wprost genialne, wziąć kasę i zrzucić na pacjenta całą odpowiedzialność. Gdzie w tym wszystkim etyka lekarska?

 Pieniądze to w ogóle świetne narzędzie szantażu. Nie płacisz w terminie, możesz pożegnać się dzieckiem. Zarodki powędrują do innej pary. Jeśli więc rodzice nie dotrzymają umowy, dziecko urodzi kto inny, bez ich wiedzy i zgody. Ot, taki szantaż. Inna klinika poszła jeszcze dalej. Przystępujący do procedury podpisywali zgodę na to, że jeśli jedno z nich umrze lub się rozstaną, ich materiał genetyczny będzie przekazany do adopcji.

Ale pieniądze to nie jedyny problem. Innym, nie mniejszym, jest brak poszanowania godności pacjentów i zapewnienia im intymności. To problem szczególnie dotykający panów. Były placówki, w których pokój do pobierania nasienia połączony był z na przykład z gabinetem ginekologicznym. W połowie placówek pojemnik z nasieniem trafiał bezpośrednio do rąk personelu. Zero anonimowości. „Po oddaniu nasienia naciska się dzwonek, wychodzi pani, a tam cztery osoby siedzą w poczekalni i obserwują”. Inna wypowiedź: „w lecie człowiek się przyklejał do kanap. Były gazety erotyczne, ale nie korzystałem, bo się brzydziłem sklejonych kartek”.

Panie z kolei narzekały na… lekarzy. „Nagrywałam lekarza – miał średnio pięć minut, nie było czasu na pytania. Więc dopiero w domu odtwarzałam i próbowałam zrozumieć” – mówiła jedna z pacjentek. Inne skarżyły się na gburowatość, brak dostatecznej informacji, ogólny brak ogłady.

Problemy i to spore napotykali też ci, którzy chcieli skorzystać z materiału genetycznego dawcy. Raport wskazuje, że pacjenci nie mieli pojęcia, ile przyrodniego rodzeństwa będą miały ich dzieci. Co prawda w Polsce jest ograniczenie: z tego samego materiału może korzystać od 4 do 10 rodzin, ale nie wspominano, że kolejne dzieci mogą rodzić się w innych krajach. Średnio ok. 44 z jednego dawcy.

A co z komórkami jajowymi. Z raportu wynika, że w tym temacie wszystko było dozwolone - dawstwo anonimowe po rodzinne (siostra dawała siostrze czy matce), para mogła też przyprowadzić osobę, która oddałaby im komórkę jajową.

Jeśli to tego wszystkiego dołożyć brak dokładnych danych na temat skuteczności, brak należytej kontroli i dokładności (przykładem choćby przypadek z Polic), to okazuje się, że to rynek ciemny, zakłamany i żerujący na ludzkiej tragedii. I choć pracownicy klinik obiecują  zdesperowanym ludziom „złote góry”, to w nosie mają ich prawdziwe problemy. Każdy pacjent to konkretny pieniądz, trzeba więc zrobić wszystko, by maszynki do zarabiania pieniędzy nie zabrakło. Stąd tak zakłamany lobbing. Jeśli po tym raporcie ktoś jeszcze będzie próbował przekonywać do ludzkiej strony in vitro, to po prostu będzie kłamał w żywe oczy.

Małgorzata Terlikowska