Jedna szkolna stołówka i dwie zastawy. Jedna lepsza, szklana, dla tych dzieci, którym obiady wykupują rodzice. Druga gorsza, plastikowa – dla tych, którym obiady finansuje opieka społeczna. Podobno inaczej się nie da, podobno takie są przepisy, podobno tak wynika z przetargu. A wiadomo przepisy rzecz święta, zmienić ich nie można. Tyle że za tymi dyskryminującymi przepisami stoją dorośli. Ci dorośli, którzy na takie subtelności winni być szczególnie wyczuleni. Wystarczy chwilę pomyśleć, by zobaczyć, że plastikowy talerz stygmatyzuje. Jesteś biedny, to jesteś gorszy. A jak jesteś gorszy, to nie będziemy cię lubić. Tak często rozumują dzieci. Wiem, że to myślenie okrutne i bez względu na to, ile byśmy dzieciom mądrości do głowy nie wkładali, na pewnym etapie swojego życia dzieci bardziej rozumują przez pryzmat „mieć”, niż przez pryzmat „być”. A na takiej podzielonej stołówce dostają nomen omen na talerzu informację o tym, kto jest gorzej sytuowany, komu się w domu nie przelewa, kto jest na garnuszku opieki społecznej. Dziwię się, że pedagodzy pracujący w gryfickiej szkole tolerowali takie rozwiązanie. I godzili się na segregację powierzonych im uczniów na lepszych i gorszych. W imię biurokratycznych przepisów, mając w nosie wrażliwość dzieci. Komuś chyba zabrakło wyobraźni i zdrowego rozsądku?
Ciekawa jestem, jak czuliby się dorośli, w taki sposób „wyróżnieni” podczas posiłku? Czy wielu z nich ze wstydu nie wolałoby zostawić tego plastikowego talerza i w zachowując resztki godności, chodzić głodnym, zamiast wystawiać się na spojrzenia tych, którzy na lepszych talerzach jedzą posiłek. Bo ich stać, bo mają pieniądze. Albo szybko by zjedli gdzieś w kącie, tak by nikt ich nie zauważył. I w kapturze na głowie, przemykając pod ścianami uciekliby ze stołówki. Dorośli znaleźliby milion sposobów na ominięcie tego absurdu. Nawet by swoje talerzy przynieśli i przełożyli na nie serwowane w plastikach dania.
Tymczasem rzecz dotyczy dzieci, często już wystarczająco doświadczonych przez los. Dzieci, dla których ciepły posiłek w szkole jest jedynym, jaki w ciągu dnia jedzą. Może gdzieś w sobie się buntują, ale jedzą, bo wiedzą, że w domu bieda i nic do jedzenia nie ma. Poczucie dumy odkładają na bok i pokornie stają w kolejce po swój plastikowy talerz, z którym potem muszą przemaszerować przez stołówkę do wolnego stolika. Co nie jest zadaniem prostym, bo przeniesienie zupy w plastikowym talerzyku to nie lada wyzwanie. Ale walczą, bo co im zostało. Jak się zaczną buntować, mogą w ogóle obiadu nie dostać. Bo wiadomo, upokarzające przepisy górą.
W tej smutnej historii z plastikową zastawą w tle pocieszające jest to, że to, na co ślepi byli dorośli, zauważyły dzieci, i to one dały sygnał, że coś jest jednak nie w porządku. Żeby dorośli zauważyli, że postępują skandalicznie, potrzebna była interwencja mediów. Od stycznia wszystkie dzieci mają więc używać… plastikowych talerzyków i sztućców. Wszystkim będzie trudniej, ale przynajmniej talerz nie będzie wyznacznikiem statusu materialnego.
Naprawdę doceniam fakt, że dzieci z najuboższych rodzin dostają w szkole ciepły obiad. Doceniam, że opieka społeczna je im finansuje. Ale niech robi to z głową. Niech urzędnicy trzy razy przeczytają przepisy, zanim podejmą krzywdzące decyzje. Bo dla urzędnika to być może tylko plastikowy talerz, który za chwilę wyląduje w koszu. Dla biednego dziecka to symbol jego biedy i poczucia krzywdy. To synonim wstydu i wielkiej niesprawiedliwości.
Małgorzata Terlikowska
