I nawet nie chodzi o to, że odbywają się one  w publicznych placówkach. Ani słowa o świeckim państwie, czy świeckim przedszkolu. Nawet – ku mojemu rozczarowaniu – nie ma żądań, by jasełka wystawiać wyłącznie w kościele czy salce parafialnej. Ot, taki pozbawiony sensu tekścik, że przedszkolaki się jąkają, a mamusie ocierają łezki ze wzruszenia.

Przypuszczam, że autor chciał błysnąć humorem, tylko trochę mu się nie udało. Powiem szczerze, że dość infantylnie wygląda naśmiewanie się dorosłego mężczyzny z przedszkolaków, często jeszcze nieporadnych. Tylko co to ma do rzeczy? No chyba, że ów autor mentalnie pozostaje na poziomie kilkulatka. Sądząc po jego tekście, jest to dość prawdopodobne. „Jąkająca się dziatwa, wzruszeni rodzice i okazjonalne wybuchy śmiechu - tak streścić można tradycyjne przedszkolne jasełka”. Cóż, mierzmy przedszkolaki miarą przedszkolaków, a nie własną. Domyślam się, że autor swoją kwestię wyrecytowałby o niebo lepiej niż niejeden aktor dramatyczny. Tyle że przedszkolak ma jeszcze czas na szkolenie swojego warsztatu. I nikt od niego nie oczekuje świetnej dykcji. A nawet jak zapomni roli z przejęcia, to nikt mu głowy nie urwie. Bo jasełka to ma być przyjemność, a nie stres. Ale są też przecież talenty, które recytują tak pięknie, że niejeden dorosły otwiera oczy ze zdziwienia.

Jak trudnym zadaniem jest przygotowanie przedszkolnych jasełek doskonale wiedzą przedszkolne nauczycielki. Tym większy szacunek dla ich pracy. Próby zaczynają się miesiąc przed planowanym przedstawieniem, do tego sezon chorobowy, przejęte maluchy. Praca nie jest łatwa. Zapewniam pana autora, że o niebo prościej nasmarować na kolanie na jasełka paszkwil niż przygotować dzieci, stroje czy dekoracje. Tyle że nie jest to tylko sztuka dla sztuki, przygotowanie przedstawienia ćwiczy pamięć, umiejętność współpracy w grupie, uczy tradycji i polskiej kultury. I jest dla dzieci wielkim przeżyciem.

Zostawmy jąkające przedszkolaki, bo jest ktoś, kto z powodu jasełek – zdaniem „Gazety Wyborczej” – ma jeszcze gorzej. Bingo! Gorzej od oglądanych i oklaskiwanych dzieci mają tylko rodzice. Po pierwsze, „zanim jednak przejęta dziatwa wypowie na wdechu swoją kwestię, zrozpaczeni rodzice muszą zorganizować tak niecodzienne przedmioty, jak skrzydełka, stroje pastuszka czy aureole”. Faktycznie, powód do rozpaczy straszny. Aż się dziwię, że masowo ludzie nie leczą jakichś depresji, bo jak wiadomo zrobienie skrzydeł, aureoli, czy skompletowanie stroju pastuszka czy króla to zadanie ponad siły. Bez przesady, panie autorze. Po drugie, rodzice muszą urwać się z pracy „i objuczeni sprzętem foto i wideo tłumnie ruszają do szkół i przedszkoli”. Przerąbane mają ci rodzice. Jeszcze dobrze łez nie otarli po szukaniu stroju, a tu trzeba gnać do przedszkola na złamanie karku: „Dzieci grają z przejęciem, albo z nieoczekiwaną wprawą, błyskają flesze, rodzice śmieją się z drobnych potknięć dzieci, choć jednocześnie mamy ukradkiem ocierają łzy wzruszenia. Potem obowiązkowa kolęda i wśród zamieszania można rozejść się do domów”.

Tak wyglądają przedszkolne jasełka oczami dziennikarza „Gazety Wyborczej”. Na szczęście zupełnie inaczej wyglądają one w rzeczywistości. I co z tego, że Piortuś się jąka, Ania mówi cicho, że ledwo ją w pierwszym rzędzie słychać, Krzyś rozgląda się i patrzy w sufit. To naprawdę jest kwestia drugorzędna. Ważniejsze niż efekt końcowy są wszystkie próby, zaangażowanie pań i dzieci, integracja rodziców, opłatek, życzenia, bycie razem z dzieckiem i dla dziecka. Tego przejętego swoją rolą pastuszka czy aniołka.  

Biorąc pod uwagę postępującą laicyzację, taką słowną ekwilibrystykę, by nie wypowiedzieć, jakie święta obchodzimy, polityczną poprawność, która zamiast narodzenia Jezusa świętuje „święta gwiazdki i choinki”, cieszy, że szkoły i przedszkola nie poddają się temu terrorowi. Jasełka opowiadają o narodzeniu Pana Jezusa, jest tam żłobek, Maryja i Józef. Są aniołowie i pastuszkowie. W końcu są kolędy. To dobrze, że placówki edukacyjne podtrzymują tę tradycję i ją przekazują swoim podopiecznym. W galerii handlowej pod choinką leża wyłącznie ogromne prezenty, miejsca dla tego, z powodu którego świętujemy, po prostu nie ma. Mam nadzieję, że w imię poprawności politycznej żadni postępowcy nie zabronią organizacji jasełek w przedszkolu. A nawet jeśli takie glosy się pojawią, to z resortu edukacji popłynie wyraźny sygnał, że nie może być zgody na rugowanie polskiej kultury i tradycji. Bo to jest ten czas, kiedy o polską kulturę i tradycję można i trzeba walczyć.

„Sezon na Jezuska” trwa tylko kilka tygodni i przeszkadza chyba tylko dziennikarzom „Gazety Wyborczej”, którzy czymś muszą swoje kolumny zapełniać. „Sezon na głupotę” w „Gazecie Wyborczej” trwa nbez względu na porę roku.

Małgorzata Terlikowska