Eksperymenty społeczne przy użyciu ukrytej kamery mają sprawdzić nasze reakcje na jakieś trudne, często kontrowersyjne sytuacje. Są proste do przeprowadzenia i łatwo z nich wyciągnąć wnioski. Zresztą często robione są one pod jakąś konkretną tezę. Parę tygodni temu media informowały o norweskim eksperymencie z chłopcem bez kurtki w środku zimy siedzącym ma ławce w miejscu publicznym. Podobny eksperyment zrobiony w Polsce miał ponoć obnażyć obojętność Polaków, brak ich wrażliwości, brak empatii. Co nie do końca było prawdą, bo przy chłopcu sporo osób jednak się zatrzymało, wypytywało go o brak okrycia, próbowało mu pomóc. Ale media i tak obiegła opinia o tym, że Polacy to chamy i buraki, nawet dziecku pomóc nie chcą.

Teraz media obiegł z kolei eksperyment szwedzki. Znów przy pomocy ukrytej kamery postanowiono sprawdzić reakcję osób na przemoc. Tym razem w metrze, gdzie napadnięta została młoda kobieta. I znów nagłówki obiegł news, że w obronie zaatakowanej Szwedki stanął Polak. Że to dobrze, że możemy być dumni z bohaterskiego mężczyzny. Entuzjazm jednak szybko opadł, bo okazało się, że na dziejącą się obok niego krzywdę zareagował on… zbyt agresywnie. A przecież to agresja rodzi agresję, można było zareagować w inny sposób, podyskutować, ponegocjować, może po ręku pogłaskać. Takie zachowanie naszemu rodakowi wytknął choćby portal naTemat.pl: „Drogi Polaku ze Szwecji. Dziękuję, że stanąłeś w obronie tej pani. Ale to właśnie agresja, którą zaprezentowałeś, jest siłą napędową przemocy. Takiej jak ta wobec kobiet w przestrzeniach publicznych, takiej jak ta wobec dzieci, wobec innych mężczyzn. Ta siła złości, atawistyczna potrzeba wyżycia się, jest zawsze bronią obosieczną, bo jeśli to agresja jest pierwszą reakcją na zagrożenie, to będzie ona też pierwszym wyborem przy złości, rozczarowaniu czy lęku. A wtedy ofiarami mogą być ci, w których obronie nasz agresor stawał w przeszłości”.

Żeby było jasne, nie popieram przemocy, nie uważam, że jest to jedyne słuszne rozwiązanie. Jeśli nie dzieje się krzywda, jeśli nie jest zagrożone czyjeś zdrowie czy życie, to można sobie negocjować i do rana. Jest mnóstwo innych sposobów, na to, by nie nakręcać spirali przemocy. Zresztą jako rodzic praktykuję je niemal każdego dnia. Niemniej są sytuacje, kiedy takie zachowanie może być usprawiedliwione. To działanie pod wpływem impulsu, żeby kogoś ratować. W sytuacji, kiedy liczy się czas, każda sekunda jest ważna. Może napastnik mi nóż? Albo żyletkę? Albo jakieś inne ostre narzędzia, którymi może zrobić krzywdę. Może ma gaz, paralizator, milion innych różnych przedmiotów, które mogłyby zrobić ofierze krzywdę. Nie ma więc czasu na dyskusje, nie ma czasu na niuanse, trzeba działać, bo za chwilę może być za późno. I naprawdę tu nie chodzi o zaspokojenie jakichś chuci, o wyżycie się, tylko o obronę. A ta musi być przede wszystkim skuteczna. To sytuacja nadzwyczajna i trudno do niej przykładać normy, które obowiązują w sytuacji, w której zagrożenia nie ma.

Idąc tokiem rozumowania choćby dziennikarzy portalu naTemat, co w takim razie z policjantami, agentami specjalnymi, żołnierzami, którzy każdego dnia stają wobec takich sytuacji. Czy jeśli widzą napad, nie mają reagować szybko? Czy nie oczekujemy od nich skuteczności? Czy mają dyskutować, bo ktoś jeszcze im zarzuci, że „atawistyczna potrzeba wyżycia się” sprawiła, że powalili napastnika na ziemię i skuli go w kajdanki. Czy również taką potrzebę miała policjantka, która o mało nie straciła życia, biorąc udział w obławie na złodzieja samochodów na warszawskiej Saskiej Kępie? Czy wyciągnięcie broni i oddanie strzałów to znów nie „atawistyczne wyżycie się”.

„Przemoc wobec kogokolwiek wynika z agresji, z porywczości i nieumiejętności poradzenia sobie z uczuciami, nieumiejętności skomunikowania się (ten przypadek ewidentnie prezentował nasz rodak w Szwecji, on po prostu nie znał szwedzkiego), nieumiejętność opisania i przedstawienia swoich uczuć”.  Chwileczkę, czy w takim razie, widząc napad, ktoś kto rzuca się w obronie ofiary ma teraz dzielić się z napastnikiem swoimi uczuciami? „Przepraszam pana, ale przykro mi, kiedy pan tak dusi tę panią”. Albo inaczej: „Czy nie uważa pan, że pańskie zachowanie sprawia bitej przez pana kobiecie przykrość”. Ludzie, litości! W sytuacji napadu jest adrenalina, są ogromne emocje, jest strach o życie. Tu trzeba się bronić, trzeba bronić ofiary, a nie zastanawiać się, jak zareagować, żeby nikt nas nie posądził, że reagujemy przemocą na przemoc.

Te dwa przytoczone eksperymenty pokazują jeszcze jedną rzecz. Ktoś nie reaguje – to źle, ktoś zareaguje – też niedobrze, bo nie tak, jak życzyliby sobie skandynawscy socjologowie czy inni badacze relacji społecznych. W taki sposób bowiem można udowodnić każdą z góry założoną tezę, wystarczy dobrać/wybrać odpowiednią grupę badanych. Ale owe eksperymenty mogą mieć jeszcze jeden fatalny skutek. Po co się narażać, po co się zatrzymywać, skoro wszystko to jest jedną wielką farsą, bo przecież nikomu naprawdę nie dzieje się krzywda, a nad całością eksperymentu czuwa reżyser.  Po co więc się angażować? Żeby się dowiedzieć, że „Jesteś w ukrytej kamerze”, a to co robisz, nawet w najbardziej szczytnym celu i tak jest do bani, bo nie reagujesz zgodnie zamysłem autorów.

Małgorzata Terlikowska