Minister Konstanty Radziwiłł nie ukrywał, że kwestia dostępnej bez recepty antykoncepcji awaryjnej będzie jedną z najważniejszych kwestii, które wymagają uporządkowania. Nie ma bowiem powodu, by tak silny preparat hormonalny dostępny był  bez konsultacji lekarskiej nie tylko dla osób pełnoletnich, ale także dla znacznie młodszych. Tym bardziej że wszelkie hormonalne środki antykoncepcyjne z mocy prawa są dostępne na receptę:  „Te przepisy mają jedną lukę w postaci tego jednego preparatu, który jest sprzedawany bez recepty i to w dodatku dzieciom. Ta sytuacja jest nienormalna. Ja mam córkę, która ma 15 lat i ona jest dzieckiem (...) i ona mogłaby pójść do apteki i sobie zażyczyć dowolną ilość opakowań tego środka antykoncepcyjnego. To byłoby dosyć dziwaczne" – mówił minister w Telewizji Polskiej. Środowiska lewicowo-feministyczne podniosły larum, że minister Radziwiłł w imię katolickiej ideologii depcze wolność polskich obywateli. Nie zauważają, że w swojej argumentacji nie odwoływał się on do argumentów religijnych czy moralnych, a do typowo prawnych czy medycznych: „Nie zabronimy stosowania tego produktu, który jest zarejestrowany w całej Unii Europejskiej, tylko poprzez odpowiednią korektę prawa doprowadzimy do tego, że będzie dostępny tylko na zlecenie lekarza, zatem również w taki sposób, że ten lekarz będzie mógł poradzić czy udzielić informacji na temat ryzyka i powiedzieć jak to się stosuje” – wyjaśnił minister.

Na portalu „Krytyki Politycznej” pojawił się nawet list otwarty do ministra zdrowia w związku z tą kwestią: „Jako osoba mieszkająca w Polsce, która płaci podatki i składki zdrowotne nie wyrażam zgody na terror ideologii katolickiej w medycynie. Pańska decyzja jest motywowana światopoglądowo i całkowicie nieuzasadniona pod względem medycznym i społecznym” – pisze autorka listu Izabela Krzyczkowska. Warto ten list przeanalizować, bo pod płaszczykiem obrony wolności obywateli manipuluje jednak pewnymi faktami. Jako osoba mieszkająca w Polsce, płacąca podatki i składki zdrowotne nie wyrażam zgody na lewacki terror.

„W większości krajów Europy Zachodniej antykoncepcja awaryjna jest dostępna bez recepty, na sklepowych półkach, a w niektórych państwach jest również refundowana. Już w grudniu po ogłoszeniu przez Pana zamiaru zmiany zasad dystrybucji EllaOne, środowiska popierające prawo do antykoncepcji przygotowały petycję, w której wyrażały wolę pozostawienia regulacji przez zmian. Podpisało ją tysiące osób. Zignorował Pan podpisy tysięcy polskich obywateli, tylko dlatego, że mieli odmienne zdanie”.  Podobnie podpisy tysięcy obywateli zignorował poprzedni minister zdrowia. Chciałam autorce przypomnieć, że stosowna petycja, pod którą podpisało się prawie 50 tys. osób trafiła do Ministerstwa Zdrowia  w październiku 2015 roku. Osoby te apelowały: „W związku z dopuszczeniem do sprzedaży na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej środka ellaOne bez recepty apelujemy do Ministerstwa Zdrowia o jak najszybsze podjęcie działań zmierzających do zmian w ustawie Prawo farmaceutyczne, które uchronią kobiety przed poważnymi konsekwencjami jakie niesie dla ich organizmu octan uliprystalu”. I co? Jak grochem o ścianę.

Apel ten, całkowicie zignorowany przez poprzednika ministra Radziwiłła, był uzasadniony, gdyż wiadomo już było, że antykoncepcję awaryjną bez żadnych ograniczeń będą mogły nabywać niepełnoletnie osoby. Budziło to niepokój, gdyż nawet producent nie zadbał o przeprowadzenie stosownych badań na tak młodych dziewczętach. Charakterystyka produktu leczniczego elleONE wskazuje w sposób jednoznaczny, że: „Badania kliniczne produktu ellaOne objęły ograniczoną liczbę kobiet w wieku poniżej 18 lat”. „Producenci wskazują w nich m.in., iż podobnych środków nie może przyjmować np. osoba, u której stwierdzono występowanie zaburzeń nefrologicznych (np. choroby nerek). Cóż zatem stanie się, gdy stosowanie przez daną osobę podobnych preparatów doprowadzi do pogłębienia się schorzeń? Kto będzie odpowiadać za szkodę? Aptekarz, a może rodzic, który „nie dopilnował” dziecka?” – stawia słuszne pytania bioetyk dr Błażej Kmieciak.

Decyzja ministra Radziwiłła ma podobno łamać Konstytucję, bo nie szanuje wolności i praw innych osób, a także ingeruje w wolność osobistą i prawa kobiet: „Stając po jednej stronie sporu złamał Pan zasadę równości obywateli, pokazał Pan, że dzieli Rodaków na lepszych – respektujących nauczanie Kościoła i gorszych – mających odmienne zdanie od Kościoła. Jest to dyskryminacja pod względem światopoglądowym i ze względu na płeć” – pisze autorka listu. Niech mi autorka pokaże, w którym miejscu minister powoływał się na argumentację religijną. Bazował na faktach czysto medycznych. Jeżeli ktoś uprawia ideologię, to właśnie środowiska lewicowo-feministyczne.

Mainstreamowe media i lekarze żyjący z promocji w mediach antykoncepcji przekonują, że antykoncepcja awaryjna jest bezpieczna i skuteczna. Mocno podkreślają, że nie ma ona działania wczesnoporonnego. O tym czytamy tez w liście zamieszczonym na stronach „Krytyki Politycznej”. Zwolennicy dostępu do antykoncepcji awaryjnej przekonują, że środek działa przed implantacją zarodka w macicy (od tego momentu rozpoczyna się –według WHO – ciąża), więc o żadnym działaniu wczesnoporonnym nie może być mowy. Czy faktycznie? Ciąża się rozpoczyna, ponieważ jest już człowiek na najwcześniejszym etapie rozwoju. Człowiek, który jest odrębną istotą, i której należy się już ochrona. Ciąża to jedynie stan filologiczny organizmu, dzięki któremu zarodek ludzki może rosnąć i się rozwijać. Warto o tym pamiętać przy okazji dyskusji. Bo to sprytny wybieg pozwalający sprzedawać antykoncepcję awaryjną. Zwolennicy jej stosowania podkreślają, że działa ona w ten sposób, że hamuje owulację. Tyle że to tylko  część prawdy. Przed owulacją, faktycznie ją hamuje, tak że nie jest uwalniania komórka jajowa. Tyle że kobieta preparat może zażyć po owulacji, kiedy dojdzie już do zapłodnienia. I co wtedy? Wtedy włącza się mechanizm, który nie dopuszcza do implantacji i zarodek umiera. Jak by nie patrzeć, jest to jednakowoż działanie wczesnoporonne. Nie bez powodu w jednej z wersji Charakterystyki Produktu Leczniczego (jest ich kilka)  podkreślono, że „przeciwwskazaniem do stosowania preparatu” jest ciąża. Wyraźnie także napisano, że:  „Jeśli po zażyciu tabletki ellaOne zostanie stwierdzona ciąża (…) należy wziąć pod uwagę możliwość ciąży pozamacicznej".

Przy okazji sprawy antykoncepcji awaryjnej środowiska-lewicowo liberalne próbują forsować kwestię refundacji antykoncepcji wszelakiej. „Zapobieganie ciąży jest legalnym świadczeniem medycznym, mającym udowodnione naukowo właściwości zdrowotne. Środki służące zapobieganiu ciąży są przebadanymi lekami, które przeszły całą procedurę rejestracji”. Po pierwsze, preparaty antykoncepcyjne nie są lekami i dobrze by było przestrzegać właściwej terminologii. Jakie mają one działanie terapeutyczne? A po drugie, uważałabym jednak z twierdzeniem, że mają one właściwości zdrowotne. Znacznie większe ryzyko cukrzycy, zakrzepicy czy nowotworów – to tylko niektóre skutki uboczne stosowania preparatów antykoncepcyjnych. Trudno mówić o właściwościach zdrowotnych, kiedy literatura medyczna pełna jest badań dotyczących negatywnego wpływu antykoncepcji na zdrowie kobiet. W opublikowanym w roku 2009 przez „British Medical Journal” raporcie można przeczytać, że największe ryzyko zakrzepicy krwi jest związane z przyjmowaniem tabletek zawierających dezogestrel, oktan cyproteronu lub drospirenon. „Badania wykazują trzykrotnie większe ryzyko zakrzepicy u kobiet stosujących doustną antykoncepcję zawierającą cyproteron, niż u tych, które go nie stosują” - wskazują autorzy raportu. Jeszcze większe ryzyko zakrzepicy, która może zakończyć się nawet śmiercią, podejmują kobiety, które stosują tzw. plastry antykoncepcyjne lub pierścienie dopochwowe. Tu ryzyko zakrzepicy w porównaniu z kobietami, które w ogóle nie stosują hormonalnych środków antykoncepcyjnych, wzrasta odpowiednio 7.9 i 6.5 raza. Do podobnych wniosków, tyle że wyrażonych jeszcze bardziej wprost, doszli specjaliści z Francuskiej Agencji Narodowej ds. Bezpieczeństwa Leków i Produktów Medycznych (ANSM). Ich zdaniem to właśnie tabletki antykoncepcyjne powodują bardzo dużą część z 2,5 tysiąca przypadków zakrzepów krwi, jakie zdarzają się we Francji. Ta sama agencja ostrzega, że środki antykoncepcyjne odpowiadają za śmierć dwudziestu Francuzek rocznie. Wyniki te pochodzą z porównania skutków zdrowotnych antykoncepcji różnych generacji. Cóż, jak widać samo zdrowie.

Trudno merytorycznie dyskutować z argumentami przywoływanymi w dalszej części listu. „Szanowny Panie Ministrze, antykoncepcja awaryjna, podobnie jak antykoncepcja standardowa sprzyja rodzinie – sprawia, że dzieci rodzą się oczekiwane, chciane, że zmniejsza się liczba aborcji. Jeżeli naprawdę ma Pan poglądy pro-life, to proszę zmienić decyzję i zostawić w spokoju dystrybucję tabletki EllaOne. Jako osoba opowiadająca się za życiem, powinien Pan podjąć starania o refundację wszystkich form antykoncepcji hormonalnej, w tym antykoncepcji awaryjnej. Pozwoli to faktycznie walczyć z plagą aborcji na żądanie dokonywanej za pomocą podziemia i stron internetowych”. Ciekawe to propozycje, adresowane do osoby opowiadającej się za życiem. Dziś już wiemy, że powtarzane od lat 60. zeszłego wieku niczym mantra hasło, że szeroki dostęp do antykoncepcji ograniczy liczbę aborcji, jest fałszem. Tam, gdzie on istnieje, aborcje wykonywane są na potęgę. Guru antykoncepcji, dr. L. Speroff podaje, że ponad połowa ciąż nieplanowanych w USA spowodowana jest niepowodzeniem antykoncepcji. Czyli antykoncepcja nie tylko nie wyklucza aborcji, ale zwiększa ich liczbę.

I tak dyskusja na temat antykoncepcji awaryjnej została sprowadzona przez autorkę listu do dyskusji na temat aborcji, co już jest wystarczającym dowodem pokazującym, że te dwie kwestie idą ze sobą w parze i nie da się ich rozdzielić. Przy okazji można też poszantażować obrońców życia. Również w tym liście pada kluczowy zarzut, że osoby, które sprzeciwiają się antykoncepcji awaryjnej i legalnej aborcji… wspierają podziemie aborcyjne. Zarzut to iście kuriozalny, bo nikt z nas przestępstw nie popiera. Jeśli działają takie gabinety, to jest to sprawa dla policji czy prokuratury. Żeby państwo mogło działać sprawnie, muszą istnieć instrumenty prawne, regulujące życie w danym państwie. To, że ludzie na potęgę kradną (a kradną, proszę spytać w najbliższym sklepie, ile towaru znika z półek), nie znaczy, że państwo ma tolerować okradanie innych. To, że ktoś w podziemiu praktykuje zabijanie dzieci, nie znaczy, że państwo powinno tolerować zabijanie ich w świetle prawa i na to pozwalać. I nie ma to nic wspólnego z ograniczaniem wolności. Bo wolność kobiety kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność jej dziecka, które tak jak ona ma prawo do życia. Szkoda, że zwolennicy lewackiej ideologii pozostają ślepi na ten fundamentalny fakt.

Małgorzata Terlikowska