Stawianie znaku równości między popieraniem przemocy a krytyką unijnego dokumentu na temat jej zwalczania jest zwykłą manipulacją. To, że komuś może nie podobać się ideologiczny język podlany genderowym sosem, że może nie podobać się sposób, w jaki konwencja upatruje źródeł przemocy, że może dostrzegać niebezpieczeństwa płynące z ratyfikacji dokumentu, nie oznacza, że zgadza się na jakąkolwiek formę przemocy. Z ust przeciwników konwencji nigdy nie padło stwierdzenie, że są zwolennikami przemocy. Przemoc to przestępstwo, koniec kropka. Nie ma dyskusji.
Tymczasem konstruktywną krytykę zwolennicy wykorzystują, by doprawić nam gębę. Choćby Jacek Żakowski, który pisze, że „przemoc w rodzinie to hańba akceptowalna tylko w dzikich krajach”. Co oznacza, ni mniej ni więcej, tylko tyle, że brak ratyfikacji konwencji cofnie naszą kulturę, świadomość i wszystko inne o lata świetlne. Do buszu. Bo tylko nowoczesne kraje korzystają z takich zdobyczy, jak konwencja, i problem przemocy mają z głowy. Czyżby? Taka choćby nowoczesna Szwecja, Dania czy Finlandia? W krajach tych współczynnik przemocy sięga około 50 procent i to mimo realizacji zadań wynikających z unijnego dokumentu. Okazuje się, że to, „co prezentuje się jako wysoki poziom regulacji mających zapewniać ochronę kobiet przed przemocą, bynajmniej nie jest gwarantem jej faktycznego ograniczenia” – pisze w swoim raporcie Instytut ordo Iuris. Skoro więc mamy znacznie niższy poziom przemocy, to może warto, żeby to Polska uczyła kraje Skandynawskie, jak sobie radzić z tym przestępstwem, mimo braku konwencji, niż żeby sama czerpała wzorce z kraju, gdzie mimo genderowych instrumentów przemoc jest na bardzo wysokim poziomie.
Stawianie znaku równości między sprzeciwem wobec czegoś o patologiami już na dobre weszło w krew różnej maści postępowcom. Jeśli ktoś bowiem jest przeciwny antykoncepcji awaryjnej dla nastolatek z automatu zgadza się na zabijanie noworodków, porzucanie ich w lesie, zostawianie w zamrażarce czy innej beczce. Absurd? Absurd. A to przecież środowiska pro-life walczą o godność każdego dziecka, prowadzą okna życia, tak by dziecko, które nie może z różnych względów być wychowywane w swojej rodzinie, trafiło do ludzi, którzy otoczą je miłością. Tyle że zredukowanie przeciwników tego typu postępu do zwolenników przestępstw wszelkich dobrze sprzedają się medialnie. Znak równości niech pozostanie więc symbolem matematycznym. W sprawach moralnych jest on zbędny, bo sprowadza prawdę do absurdu. Kłamliwego absurdu.
Małgorzata Terlikowska

