Z sondażu przeprowadzonego przez IBRiS dla „Rzeczpospolitej” wynika, że Polacy nie chcą, by Kościół angażował się w spór polityczny. Takie zdanie podziela aż 81 procent ankietowanych. Przeciwną opinię wyraziło 11,5 proc. badanych. Ci ostatni uważają, że Kościół powinien pełnić co najwyżej funkcję bezstronnego mediatora. 15 procent badanych stoi na stanowisku, że powinien on wyraźnie opowiedzieć się po stronie Prawa i Sprawiedliwości. Z kolei 7 procent twierdzi, że winien wspierać opozycję. Tyle dane sondażowe.
Kościół jako instytucja milczy więc w sprawach ostatnich sporów politycznych. Nie wypowiada się na temat Trybunału Konstytucyjnego czy w kwestii zmian w mediach publicznych. Nie komentuje zmian kadrowych. Nie licząc pojedynczych głosów poszczególnych biskupów, którzy jako obywatele mogą czuć się zaniepokojeni zmianami w kraju. Pytają więc o sytuację, szukają rozwiązań czy komentują publicznie niektóre posunięcia władz czy opozycji. Nie ma natomiast żadnego oficjalnego stanowiska w tych kwestiach choćby Episkopatu Polski. Do tego stopnia, że znana z połajanek Kościoła „Gazeta Wyborcza”, która z wielką konsekwencją dotychczas piętnowała jego polityczne zaangażowanie, teraz oburza się, że Kościół milczy. Katarzyna Wiśniewska pisze wprost: „Episkopat ma podstawy, by oficjalnie stanąć w obronie konstytucji i Trybunału. I nie musi obawiać się, że będzie to zaangażowanie polityczne”. Swoją drogą to dość zabawne. Nie kto inny jak Katarzyna Wiśniewska nie raz i nie dwa krytykowała polityczne zaangażowanie Kościoła właśnie. Potrafię sobie także wyobrazić larum, jakie podjęłaby „Gazeta Wyborcza”, gdyby na przykład do wiernych biskupi skierowali list w sprawie Trybunału. Dobrze więc, że Kościół „Gazety Wyborczej” nie słucha i milczy, bo sprawa mediów czy Trybunału do zbawienia nikomu nie jest potrzebna. Bo Kościół jako instytucja nie ma być graczem politycznym. Celem Kościoła jest ewangelizacja nie politykowanie.
Pytanie zasadnicze jest jednak takie, jak rozumiemy politykę i na jakich fundamentach państwo chce ją budować. Mocne chrześcijańskie fundamenty są gwarancją silnego państwa, zakorzenionego w wielowiekowej tradycji. Normy społeczne wynikające choćby z moralności chrześcijańskiej czy prawa naturalnego pozwalają w sposób jednoznaczny budować ład i porządek społeczny. Naruszanie więc tradycji, burzenie owych norm moralnych nie może więc pozostać niezauważone. Dlatego trudno zaangażowaniem w politykę nazywać wyraźną obronę wartości rodzinnych, nierozerwalności małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, ochronę życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci. I na te kwestie Kościół nie pozostaje obojętny. I dobrze, że w tych fundamentalnych sprawach słychać mocny i jednoznaczny głos Kościoła, bo wynikający z Ewangelii. Dobrze, że księża i biskupi przypominają z ambon o powołaniu kobiety, mówią o ojcostwie i macierzyństwie. Dobrze, że głośno mówią o niebezpieczeństwach związanych z manipulowaniem przy ludzkim życiu (aborcja, eutanazja, in vitro), a także o skutkach ideologii gender. Kwestie moralne, światopoglądowe czy obyczajowe (jako budzące zgorszenie) nie mogą więc pozostać bez komentarza Kościoła. I nie jest to polityczne zaangażowanie, tylko jak najbardziej społeczne. Gorzej, brak zaangażowania Kościoła w tych sprawach uznałabym za wielkie zaniedbanie. Dlatego niezmiernie ważne jest, by Kościół od tych spraw nie uciekał. W sytuacji, kiedy normy są burzone, podważane, kiedy brakuje autorytetów czy jasnych punktów odniesienia, Kościół musi tym autorytetem pozostać, bo jest zbudowany na fundamencie Jezusa Chrystusa. I jako taki nie powinien być wciągany w spory polityczne. I nie ma to być ani Kościół toruński, ani łagiewnicki. Ani Kościół PiS-u czy Platformy Obywatelskiej. Ma to być Kościół Pana Boga. Otwarty dla tych wszystkich, którzy Pana Boga szukają.
Małgorzata Terlikowska
