Dziwi mnie to milczenie środowisk feministycznych. W końcu rozpisywanie się o czyichś pośladkach czy ledwo zakrywającej je bieliźnie to działanie przeciwko kobietom. Oczywiście wiem, że seks najlepiej się sprzedaje. Zaraz po nim krew, pot i łzy, taka to medialna rzeczywistość. Ale przecież te kobiety jakąś godność mają. A może mają tylko żądzę sławy i właśnie dlatego prowokują czy zgadzają się na takie stroje. Tak wiem, mają wybór – powie mi zaraz dyżurna feministka. Są dorosłe, zgodziły się, jeszcze za to pieniądze dostały. A że piszą o nich jedynie przez pryzmat ich ciała? Ważne, że w ogóle piszą.

„Taniec z gwiazdami” dawno już przestał być show tanecznym. Wszak nie o taniec w nim chodzi, przynajmniej tak można wywnioskować chociażby z relacji na portalu gazeta.pl. Portal należy do koncernu, który praw kobiet broni jak lew i przeciwstawia się wszelkim stereotypowym rolom kobiety. A czy taką stereotypową rolą nie jest przypadkiem sprowadzenie występujących w programie tancerek i mniejszych lub większych gwiazdek jedynie do obiektu seksualnego? Czy to nie jest uprzedmiotowienie tych kobiet? Bo jak inaczej odebrać informacje: „Pupę tancerki okrywały tylko diamentowe paski! Jesteśmy pełni podziwu, że wszystkie elementy stroju zostały na swoim miejscu podczas zmysłowej rumby”. Albo o innej uczestniczce: „Tym razem też było seksownie. Zwłaszcza przy skomplikowanych figurach tanecznych, kiedy to wszyscy mogli ujrzeć kształtną pupę Tatiany. Co z tego, że piosenkarka miała bieliznę - krągłości były doskonale podkreślone i widoczne”. Jak podglądać to na całego, nie tylko pośladki: „energiczną cha chę z Janem Klimentem zatańczyła w jeszcze krótszej kreacji, która dodatkowo śmiało eksponowała jej biust. Czego można było się spodziewać, „zaświecenie” bielizną w trakcie tańca okazało się nieuniknione”. W zasadzie mogłyby nie tańczyć, byle by odkrywały to, co jednak zakrytym być powinno. W końcu tu przecież nie o taniec chodzi.

Okazuje się, że „równościowe okulary w służbie walki ze stereotypami” przydają się w sytuacji, kiedy trzeba walczyć z normalnością, kiedy na przykład z podręcznika trzeba wykreślić zdanie, w którym autor napisał, że „mama krząta się po kuchni”. Wtedy feministki podnoszą larum, że to skandal, że jak tak można. Może jeszcze obiad gotuje, albo z dziećmi się bawi? Wówczas z wielką ochotą feministyczno-równościowy cenzor przystępuje do pracy. A tam, gdzie ciała kobiet wystawiane są na publiczny ogląd i osąd, cisza. W końcu to tylko show.

Małgorzata Terlikowska