Brak sensownej polityki prorodzinnej przynosi opłakane skutki. Dzietność w Polsce należy do najniższych w Europie. Jeśli rządzący się nie obudzą i nie dostrzegą potrzeby inwestowania w rodzinę, niedługo po prostu wyginiemy, a na emerytury coraz bardziej starzejącego się społeczeństwa nie będzie miał kto pracować.

Powiedzmy to głośno i dobitnie. Tak żeby prof. Kołodko usłyszał: Dzieci to nie tylko fanaberia rodziców. To nie kaprys. To także inwestycja w Ojczyznę. Bo te dzieci, na które dziś państwo wyłoży środki, w przyszłości będą pracować w Polsce i płacić podatki do polskiej kasy. Młode małżeństwa nie będą musiały uciekać za granicę, by tam rodzić dzieci, bo ich własne państwo zadba o swoich obywateli. Dzieci dziś urodzone poza granicami państwa polskiego, niestety w większości do Polski nie wrócą. Tracimy więc, na własne życzenie, rzesze obywateli.

500 złotych miesięcznie na każde dziecko w rodzinie proponowane przez Andrzeja Dudę nie jest jakąś olbrzymią kwotą, choć pomnożone przez liczę dzieci może być znaczącym zastrzykiem gotówki dla rodzinnego budżetu. Gotówki, której przecież rodzice nie zakopią pod drzewem, tylko zaniosą do sklepu, żeby kupić dzieciom jedzenie, buty, ubrania, książki. Pieniądze te będą więc wspomagać tych, którzy te wszystkie rzeczy produkują. I gospodarka będzie się kręcić. A przecież o to chodzi. Dobrze prosperujące przedsiębiorstwa to także miejsca pracy dla rodziców tych dzieci. A więcej miejsc pracy to mniejsze bezrobocie. Korzyści odczują więc nie tylko najbardziej zainteresowani, czyli rodzice, ale cała gospodarka.

Irytuje mnie taka krótkowzroczność polityków. Buta, z jaką prof. Kołodko, odniósł się do pomysłu prezydenta Dudy, jest typowa dla obecnej władzy. Tym bardziej, że są kraje, które na dzieci pieniędzy nie szczędzą. Przykładem Irlandia. Tam na dzieci pieniądze są, a ci, którzy z nich korzystają (wszyscy – od milionera do żebraka), chwalą sobie taką zachętę państwa do rodzenia dzieci. I w Irlandii rodzina z trójką dzieci to standard. Czworo, pięcioro dzieci w rodzinie nikogo nie dziwi. Tam nie słychać, że kogoś na dziecko nie stać, bo wie, że może liczyć na państwo. Wie, że państwo docenia wkład rodziny w jego rozwój, jakim jest dawanie życia kolejnym obywatelom.

Czas więc odróżnić politykę prorodzinną od polityki społecznej, do której tę pierwszą sprowadza były wicepremier. Jego zdaniem należy pomagać tylko w uzasadnionych społecznie przypadkach, a nie "stosować automat bez względu na to, jakie ma się dochody, to jest po prostu czysty populizm". Nie, to nie jest czysty populizm. To próba naprawy beznadziejnej sytuacji ekonomicznej polskich rodzin. A także sygnał, że dzieci to nie tylko skarb i radość dla rodziców, ale także dla wspólnoty, w której żyją, w której rosną i którą mam nadzieję pokochają. To radość dla Polski. To dług, który te dzieci oddadzą państwu jako dorośli obywatele.

Państwo powinno się więc o rodzinę zatroszczyć. Każdą, nie tylko tę najbiedniejszą. Państwo powinno stworzyć taki klimat i takie warunki, by w Polsce, a nie gdzie indziej kobiety rodziły dzieci. Jest to bowiem przede wszystkim w interesie państwa.

Małgorzata Terlikowska