Środowiska lewicowo-feministyczne znalazły sojuszników w postaci tzw. katolików „otwartych”. Jako że to katolicy otwarci na wszystko to, co sprzeczne z katolicyzmem, więc chętnie środowiska antykatolickie korzystają z ich wsparcia. Głos „otwartych” katolików ma być więc teoretycznie głosem rozsądku, głosem, który stoi w całkowitej opozycji do głosu katolików „nieotwartych”. Kiedy ci „nieotwarci” walczą o rodzinę, „otwarci” wspierają feministki w walce o rozwody. Kiedy „nieotwarci” wskazują na moralne niebezpieczeństwa zapłodnienia in vitro, „otwarci” włączają się w jego promocję. Kiedy „nieotwarci” bronią życia, „otwarci” walczą o aborcję. Katolik walczący o prawo do aborcji? Choć samo w sobie to stwierdzenie jest już sprzeczne, „otwarci” katolicy wyznaczają nowe standardy w katolickiej debacie. Katolik „otwarty” choć podziela istotę świętości życia nie uznaje za zasadne jego ochrony.
Do tej pory było jasne – katolik broni życia, bo ma za sobą Dekalog, ma Tradycję, ma w końcu nauczanie Jezusa „Coście uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”. Katechizm Kościoła Katolickiego wprost mówi o poszanowaniu ludzkiego życia: „Życie ludzkie jest święte, ponieważ od samego początku domaga się «stwórczego działania Boga» i pozostaje na zawsze w specjalnym odniesieniu do Stwórcy, jedynego swego celu. Sam Bóg jest Panem życia, od jego początku aż do końca. Nikt, w żadnej sytuacji, nie może rościć sobie prawa do bezpośredniego niszczenia niewinnej istoty ludzkiej". Katolik ma też wrażliwość, która nie pozwala zgodzić się na śmierć nawet w majestacie prawa. Poszanowanie życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci jest wpisane w naukę Kościoła i potwierdzane nauką Papieży, także papieża Franciszka, którego „otwarci” cytują w swoim liście. Fakt, że Ojciec Święty wzywa do obrony życia, celowo przemilczają. Katolicy „otwarci” muszą jednak iść pod prąd, w rytm narracji narzuconej przez zwolenników zabijania dzieci.
„Otwarci” katolicy się zmartwili, bo biskupi zamiast z duchem czasu popierać dostęp do aborcji, wybrali Ducha Świętego i walczą o obronę życia. W swoim odczytywanym w kościołach oświadczeniu prezydium KEP przypomniało znaczenie przykazania „nie zabijaj” oraz to, że obecny kompromis niczemu dobremu nie służy. Wyrazili też nadzieję, że z okazji rocznicy chrztu Polski nasz kraj będzie mógł chronić każde życie – i to chore, i to z gwałtu. Każde. Bez wyjątku.
Nie spodobało się to wszelkiej maści katolickim dialogistom i napisali do biskupów list. List podyktowany ponoć troską i chęcią dialogu: „Dostrzegamy sytuacje, w których niekiedy kobiety i młode dziewczęta stają w obliczu konieczności podjęcia bolesnych decyzji co do kontynuowania lub przerwania ciąży będącej konsekwencją aktu przemocy seksualnej, stanowiącej poważne zagrożenie dla ich własnego życia, lub takiej, z której urodziłoby się dziecko z głębokimi upośledzeniami albo nieuleczalnie chore i umierające” – piszą sygnatariusze listu. Szkoda, że sygnatariusze ci ślepi są na inne formy pomocy i wydają się ich nie dostrzegać. Powielają błędne przekonania środowisk pro choice, że aborcja to jedyne rozwiązanie trudnej sytuacji. Otóż nie, bo zabicie dziecka żadnym rozwiązaniem nie jest.
Pod listem podpisanych jest 90 osób – teologowie, etycy, wykładowcy akademiccy, lekarze z całego świata. Czyżby w Polsce nie znalazło się zbyt wielu „otwartych” katolików, którzy podpisaliby się pod feministycznymi postulatami dla niepoznaki nazwanymi „głosem troski” otwartych katolików?
Korektę listu katolikom „otwartym” chyba robiły feministki, bo język jako żywo przypomina bardziej ten z demonstracji i artykułów „dziewuch”, niż język teologa katolickiego. Przykład? Bardzo proszę: „Kobiety jako organizmy rozrodcze”; żądanie zagwarantowania dostępu do skutecznych metod kontroli urodzeń; brak dostępu do aborcji to pogwałcenie wolności sumienia oraz godności kobiety; kobiety sprowadzone do roli przestępczyń. Feministyczny bełkot aż wylewa się z tego listu. Listu, który idealnie wpisuje się w walkę środowisk proaborcyjnych. Prawa kobiet, godność kobiet, poszanowanie autonomii, a to wszystko ma zagwarantować dostęp do zabijania dzieci: „w sytuacjach, kiedy usunięcie ciąży zostaje uznane za konieczne - czyli takich, jakie są obecnie dopuszczalne w polskim ustawodawstwie - konieczna jest dostępność wczesnej, bezpiecznej i legalnej aborcji (podkreślenie MT). Jej delegalizacja nie ratuje życia nienarodzonych dzieci. Za to zabija kobiety, które wolą raczej narazić się na śmierć, niż donosić niechcianą ciążę”.
„Otwarci” katolicy wespół z feministkami nie tylko walczą o aborcję, ale także przeciwstawiają się karaniu za nią. I nie chodzi tylko zapis odnoszący się do kobiet w projekcie ustawy, ale o wszystkich zaangażowanych w proceder aborcji: „Niepokoi nas, że każdej kobiecie starającej się o przerwanie ciąży, oraz wszystkim osobom umożliwiającym jej dokonanie tego zabiegu, może grozić ewentualna kara pozbawienia wolności na okres od trzech miesięcy do pięciu lat”. Skoro aborcja jest przestępstwem, to tak jak każde inne winno być zagrożone karą.
„Otwarci” katolicy posługują się jeszcze jednym argumentem żywcem przejętym od sióstr feministek: „Istnieje wiele dowodów na to, że najlepszym sposobem zapobiegania aborcjom jest poszanowanie ludzkiej godności i wolności sumienia kobiet w kwestiach dotyczących ich decyzji reprodukcyjnych, a to poprzez zagwarantowanie im dostępu do skutecznych metod kontroli urodzeń”. Co mają na myśli sygnatariusze listu? Antykoncepcję awaryjną? Dostęp do środków wczesnoporonnych? A może ten dostęp do metod kontroli urodzeń to po prostu aborcja? Czy tylko to jeszcze ma coś wspólnego z katolicyzmem?
List opublikował „Tygodnik Powszechny”. Po promocji in vitro, transseksualizmu, teraz katolicki organ „Gazety Wyborczej” walczy o aborcję jako niezbywalne prawo każdej kobiety do decydowania o swojej rozrodczości, w imię jej autonomii i sumienia. Trudno to działanie nazwać katolickim i trudno bojowników o zabijanie nazywać katolikami. Czas może skończyć z fikcją, że pismo to ma jeszcze coś wspólnego z Kościołem.
Małgorzata Terlikowska
