Jak donosi jeden z tabloidów – zgodnie z zaleceniem papieża Franciszka – księża nie będą już wypytywać o szczegóły życia seksualnego. Nie będą zadawać też krępujących pytań. Wszystko po to, żeby penitent nie czuł się jak na torturach. W końcu gdzie jak gdzie, ale w konfesjonale miłosierdzie jest potrzebne. Nie wdając się jednak w rewelacje tabloidu, szanując tajemnicę spowiedzi, mam jednak wrażenie, że przynajmniej niektórzy księża zalecenia Ojca Świętego zaczęli stosować już znacznie wcześniej. I nie mówię o grzechach przeciwko szóstemu przykazaniu, tylko o spowiedź w ogóle.
Może mam wygórowane oczekiwania, ale kiedy po wyznaniu grzechów, proszę o pokutę, naukę i rozgrzeszenie, chciałabym usłyszeć jakieś słowo. Drogowskaz, dzięki któremu z grzechami czy słabościami będę potrafiła walczyć lepiej. Nawet jeśli upadam, jeśli popełniam te same grzechy, wiem, że Pan Bóg mnie nie przekreśla, a mądra nauka wypowiedziana przez kapłana to słowa od samego Boga. Potrzebuję takiej rozmowy, nawet podczas spowiedzi na przykład na niedzielnej mszy. Minimum zaangażowania, parę zdań, które zostaną ze mną. Tym bardziej że i warunki coraz bardziej temu sprzyjają. Wiele parafii inwestuje w konfesjonały „szafy”, dające komfort rozmowy nawet na najbardziej intymne tematy bez obawy, że ktoś postronny je usłyszy, albo będzie podsłuchiwał grzechy, z których się spowiadamy.
Tymczasem zdarzyło mi się kilkukrotnie, że żadnej nauki nie było. Nic. Żadnego słowa, żadnego dialogu, żadnego drogowskazu. Czy to już obawa, że każde słowo zostanie potraktowane jako tortury? Czy każde pytanie księdza to już Sąd Ostateczny? Krążyły i pewnie dalej krążą anegdoty o spowiednikach, którym spowiedź myliła się z Sądem Ostatecznym, zabawnie brzmią z lubością przez niektórych przytaczane opowieści o przygłuchych spowiednikach dopytujących się o jakieś szczegóły omawianych spraw (nie zawsze przecież muszą odnosić się te pytania do grzechów dotyczących sfery seksualnej, choć pierwsze skojarzenie może takie właśnie być, ale to już problem podsłuchującego). Tylko nie o to chodzi. Nie oczekuję głaskania po głowie. Jeśli zawalam jakąś sprawę, to nawet chciałabym, żeby ktoś na mnie huknął, żeby mi wyjaśnił, co robię nie tak, dlaczego ciągle upadam. Nie odbiorę tego jako tortur. Za to brak jakiejkolwiek reakcji – nawet w imię miłosierdzia - jest dla mnie przykry. Czuję, że to nie tak miało być i że czegoś konkretnego mi zabrakło. I pewnie niejeden spowiadający się ucieszy, że ksiądz mu nic nie powiedział, tylko szybko zapukał w konfesjonał. I niejeden spowiednik będzie miał poczucie dobrze spełnionego obowiązku, w końcu szybko udało się rozładować kolejkę przed konfesjonałem, a wiadomo, nikt nie lubi czekać, ma być szybko. Następny, proszę.
Spotkałam cudownych spowiedników, którzy nie bali się mi zadawać pytań, którzy prowadzili mnie przez meandry moich grzechów, tłumaczyli i wyjaśniali. Te spowiedzi to takie nawet bardziej rozmowy, niż sztywne trzymanie się formuły. Słowa wypowiedziane przez spowiedników nie raz mi pomagały. Za to jestem tym wszystkim księżom ogromnie wdzięczna.
Zamiast więc ekscytować się co na spowiedzi wolno, a co nie, wystarczy otworzyć się na miłosierdzie, które czasem przychodzi także pod postacią „duchowych tortur”. Lekko, łatwo i przyjemnie bywa tylko w bajkach. Prawdziwe życie to także trud, grzech i cierpienie. I upadki.
Małgorzata Terlikowska
