Młoda aktorka odkryła, że nie musi łykać antykoncepcji hormonalnej:  Sprawa jest prosta, mam 28 lat i dopiero kilka miesięcy temu dowiedziałam się, że nie muszę truć się tabletkami antykoncepcyjnymi, plastrami czy innymi ścierwami... - napisała na Facebooku Zofia Zborowska. Może korzystać z naturalnych metod rozpoznawania płodności (cóż to za odkrycie, na miarę Nobla). Ale że dopiero co dokonała owego odkrycia, nazewnictwo sprawia jej jeszcze problem. Wie, że gdzieś dzwonią, tyle że nie wiadomo, w którym kościele.  Dlatego antykoncepcję hormonalną przeciwstawia antykoncepcji naturalnej: „Sprawa jest prosta, mam 28 lat i dopiero kilka miesięcy temu dowiedziałam się, że są naturalne metody antykoncepcji” mówiła w śniadaniówce.  Dziwne to przeciwstawienie, bowiem coś takiego jak antykoncepcja naturalna po prostu nie istnieje. To jakieś pomieszanie z poplątaniem, które należy wyjaśnić.

Kobieta zdrowa, to kobieta, która nie ma problemu z płodnością. Płodność jest wpisana w jej kobiecość. Jest ona cykliczna, dość łatwa do określenia, więc można nad nią zapanować. I faktycznie nie trzeba ubezpładniać się hormonami, by móc choćby odkładać poczęcie dziecka, jeśli z jakichś powodów w danej chwili tego dziecka mieć nie możemy. Antykoncepcja hormonalna blokuje tę naturalną funkcję kobiecego organizmu. Przy okazji wywołuje wiele skutków ubocznych, w tym problemy z poczęciem dziecka czy donoszeniem ciąży w przyszłości, że nie wspomnę o chorobach typu zakrzepica. Przyjmowane latami czy nawet miesiącami hormony nie są obojętne dla zdrowia kobiety i chwała, że media zaczynają o tym mówić. Skoro młoda aktorka nie miała pojęcia, że można korzystać z innych metod, istnieje duże prawdopodobieństwo, że takie fundamentalne braki w edukacji ma dużo więcej kobiet i dziewcząt. Nikt im nie powiedział, że przyjmowanie hormonalnej antykoncepcji nie jest przymusem i że metody naturalne mają sens. I są zdrowe i skuteczne.

Mają sens bo nie są inwazyjne, bo szanują płodność, nie mają skutków ubocznych, a wiele z nich nie kosztuje nic. Fakt, wiążą się one z wysiłkiem, bo rozpoznawać płodność trzeba się nauczyć, najlepiej pod okiem fachowca, niemniej jest to ogromny wkład dla zdrowia kobiet, ale też i zdrowych relacji między małżonkami. Przy czym, co trzeba bardzo wyraźnie podkreślić, naturalne metody rozpoznawania płodności, nie są antykoncepcją. Choć mogą być tak przez niektóre osoby niestety traktowane. Tu nie ma żadnego działania. Jest w zasadzie brak działania, który polega na niepodejmowaniu współżycia w okresie płodnym, jeśli nie możemy w danej chwili mieć dziecka. O ile antykoncepcja hormonalna cały ciężar „zabezpieczenia” przerzuca  na kobietę, o tyle w przypadku metod naturalnych konieczna jest współpraca obojga małżonków.  Bo to musi być decyzja pary, ponieważ wielkiej odpowiedzialności i wielkiego zaufania wymaga niepodejmowanie współżycia wtedy, kiedy wszystko w nas nastawione jest na płodność. Stosowanie metod naturalnych nie ma nic wspólnego z heroizmem, jak wielu sądzi. Jest to moralnie godziwa propozycja. Nie niesie ona ze sobą całego tego bagażu związanego choćby z wczesnoporonnym działaniem antykoncepcji hormonalnej. Nie można więc metod naturalnych, które są moralnie godziwe, stawiać w jednym rzędzie z antykoncepcją, nawet dla niepoznaki czy złagodzenia nazywanej naturalną. Przez względu na określenie czy zastosowany przymiotnik antykoncepcja jest z gruntu zła i destrukcyjna, nie tylko dla zdrowia kobiety, ale też dla relacji. Dlatego dobrze, że coraz odważniej metody naturalne są promowane. Byle tylko robić to umiejętnie i z głową. Zrównując NPR z antykoncepcją, tak naprawdę całkowicie fałszuje się fakty i istotę metod naturalnych.

Małgorzata Terlikowska