Bez wyrzutów sumienia, bez poczucia winy, w końcu wyrwanie zęba trwa dłużej niż zabicie dziecka w łonie matki. „To zabiegi bardzo krótkie. Taki zabieg trwa dwie minuty, w pełnej narkozie” - opowiada dr Rudziński. Szkoda tylko, że nie dodaje, co dzieje się w tym czasie z dzieckiem. A co się dzieje – doskonale opisała Abby Johnson, nawrócona dyrektor kliniki aborcyjnej w Teksasie. Zdanie na temat aborcji zmieniła w dniu, kiedy na USG zobaczyła, jak maleńkie dzieciątko ucieka i broni się przed narzędziami medycznymi, które mają je za chwilę pozbawić życia. Ale interes dziecka nikogo nie interesuje. Najważniejsze jest szczęście kobiety: „spotykam pacjentki, które proszą, płaczą, błagają, żeby pomóc. Są przeszczęśliwe, gdy ten problem jest rozwiązany. Może trudno w to uwierzyć, w końcu pozbywają się własnego dziecka, ale ta wdzięczność i to szczęście są przeolbrzymie”. Proszę, pan doktor zauważa, że kobieta pozbywa się dziecka, a nie zlepku komórek. Ale skoro tak, to jest chyba przestępstwo?
Dodatkowo, aborcja wykonana u dr Rucińskiego jest legalna, i stosunkowo niewiele kosztuje („W tej chwili w Warszawie nielegalna aborcja kosztuje podobno nawet 10 do 15 tys. zł. Nasze ceny są skalkulowane między 450 a 500 euro”). Więc o co chodzi? Skoro wszyscy są zadowoleni? Tymczasem, jak wskazuje Teresa Tomeo, nie ma nic takiego jak bezpieczna aborcja. „Aborcja nie jest niewielkim, stuprocentowo bezpiecznym, dobroczynnym dla kobiet zabiegiem medycznym. (…) wiele kobiet tak naprawdę nigdy nie „wybiera” aborcji – we własnym odczuciu dokonują jej pod presją albo są do niej zmuszone. (…) aborcja, zamiast oferowanego bezpieczeństwa, w rzeczywistości niesie za sobą poważne ryzyko dla kobiety. Wynika to z komplikacji natury emocjonalnej, z sytuacji domowej (nierzadko związanej z przemocą ze strony współmałżonka, krewnego lub narzeczonego, który skłania kobietę do poddania się aborcji), a także z niemałych – choć wymienionych na końcu – wynikających z samego zabiegu problemów zdrowotnych”. Niestety, zwolennicy legalizacji aborcji nie chcą słuchać argumentów drugiej strony, która coraz częściej i odważniej mówi o tym, że aborcja żadnych problemów nie rozwiązuje, a w ostatecznym rachunku je pogłębiała.
Ale po co mówić i pisać o takich sprawach. Komplikacje pojawiają się tylko w podziemiu, w legalnej klinice jest tylko radość i szczęście z powodu pozbycia się problemu, jakim jest poczęte dziecko. W rozmowie z dziennikarzem TOK FM dr Rudziński wprost przyznaje, kto korzysta z jego usług: „Najwięcej pacjentek jest z Warszawy, Poznania i Wrocławia, bo to największe miasta i te kobiety są wykształcone, mają dostęp do internetu. Mało jest kobiet prostych, ze wsi, ale też się zdarzają. To są studentki, aktorki, to są dyrektorki banków. Kobiety z różnych środowisk”. Czyli w zdecydowanej większości są to kobiety, przedstawicielki klasy średniej, mające pieniądze i stanowiska, którym dziecko po prostu przeszkadza w karierze. Opowieści o aborcji ze względów społecznych to tak naprawdę kolejne kłamstwo lobby aborcyjnego.
Przerażające jest to, że w rozmowie z dr Rudzińskim nie ma krzty refleksji, że to, co robi jest moralnie niegodziwe. Jednym zdaniem gdzieś delikatnie napomyka, że być może nie jest to najprzyjemniejszy zabieg, że w sumie, na ochotnika się nie zgłasza, ale skoro proszą kobiety, odmówić im nie potrafi. Znacznie bliższa jest mi postawa innego ginekologa, prof. Thomasa Hilgersa, który, mimo ostracyzmy całego środowiska, potrafił odmówić wykonywania aborcji: „Kiedyś przyszła do mnie pacjentka, która opowiedziała mi o tym, że chce usunąć ciążę. Miałem wziąć od niej wywiad medyczny i przygotować dokumentację. Kobieta ta powiedziała mi, że to Bóg ją doprowadził do lekarza, który wykonana u niej aborcję. Uświadomiłem sobie wtedy, że to nie jest ten sam Bóg, w którego ja wierzę. Zgłosiłem się do kierownictwa szpitala i powiedziałem, że od tego momentu nigdy nie będę uczestniczył w żadnych działaniach, które mogą doprowadzić do aborcji. Od tego momentu uświadomiłem sobie, że muszę walczyć o życie” - opowiada amerykański ginekolog.
Po tych sielskich opowieściach na temat aborcji obrywa się oczywiście Kościołowi katolickiemu. „Z nielegalnymi zabiegami wiąże się olbrzymia ilość komplikacji, zagrażających życiu i zdrowiu. I Kościół katolicki jest temu współwinny - bo nie musi popierać aborcji ze względów światopoglądowych, ale przynajmniej powinien ją tolerować”. Czyli – zdaniem pana doktora – powinien tolerować zabijanie ludzi w majestacie prawa. A przecież – jak wskazywał Jan Paweł II „naród, który zabija własne dzieci jest narodem bez przyszłości”. I może o to, by takim narodem stała się także Polska, jak jest już nim Europa, chodzi tym, którzy tak bardzo troszczą się o pozorne szczęście kobiet.
Małgorzata Terlikowska
