Leszek Bugajski zajmuje się w „Jezusie z Dworca Centralnego” trzema dość miernymi książkami, których autorzy próbują „rozprawić się” z postacią Chrystusa. Metoda ta sama, co zwykle, czyli Jezus zakłada się z szatanem, że będzie rządził Polską i przegrywa, albo żeni się z Nike i mieszka w kraju nad Wisłą. Słowem te same, co zwykle chwyty, których głównym celem jest wywołanie skandalu i zarobienie kasy przez miernej klasy pisarzy. Stąd książkami dalej zajmować się nie będę, bowiem o wiele ciekawsze są „teologiczne przemyślenia” Bugajskiego.
Oto wszechstronny ten dziennikarz postanawia rozprawić się z pomnikiem Jezusa Chrystusa ze Świebodzina czy pragnieniem części Polaków, by koronować Jezusa Chrystusa na Króla Polski. A że nie starcza mu argumentów świeckich, to próbuje odwołać się do argumentacji religijnej. I wtedy zaczyna się robić naprawdę śmiesznie. „Widać, że wielu Polaków chce, by nasz kraj był otoczony szczególną opieką przez Jezusa i zapomina, że jeśli rzeczywiście Bóg istnieje, otacza wszystkie swoje owieczki jednakową troską, bo taka jest nadrzędna zasada jego istnienia. Nie ma powodu, by nasz naród był szczególnie przez niego wyróżniany”- oznajmia Bugajski.
I od razu trzeba zadać dziennikarzowi pytanie. Czy kiedykolwiek czytał on Pismo Święte? Bo gdyby czytał, to wiedziałby, że Bóg jednak wybiera pewne narody i czyni je wybranymi. Być może robi to wbrew „nadrzędnej zasadzie swojego istnienia”, ale sądzę jednak, że wie, co robi lepiej niż Bugajski. Jeśli zatem do wypełnienia pewnej misji mogli zostać wybrani Żydzi, to mogą być do niej wybrani – a jako katolicy głęboko wierzymy, że tak jest – także Francuzi, Rosjanie czy Polacy właśnie.
Wybór Jezusa przez Naród oznacza też, czego zdaje się nie rozumieć Bugajski, potrzebę szczerego nawrócenia do Niego. I przylgnięcie do Boga w Jezusie Chrystusie. Dla chrześcijan wcale nie oznacza to jednak jakiś monarchicznych nadziei na lepsze życie, ale świadomość, że wybranie, nawrócenie łączy się z cierpieniem, naznaczeniem, odrzuceniem. I nie inaczej jest z misją Polaków. Jeśli ją przyjmiemy, nie staniemy się przez nią „państwem dobrobytu” (co ma być rzekomo celem Polaków pragnących intronizacji Chrystusa na Króla Polski), ale staniemy się nieco bardziej chrześcijańscy. Ale żeby to zrozumieć trzeba czytać Pismo Święte, a nie nędzną antyreligijną literaturę.
Poza przemyśleniami Bugajskiego można też znaleźć w nowym numerze „Newsweeka” (tym razem bardziej salonowego niż „Wprost”) także przemyślenia Cezarego Michalskiego, który z właściwą sobie histerią oznajmia, że trzeba skończyć z „masochistycznym patriotyzmem” Jarosława Kaczyńskiego. A że nie da się go wyklinać, to trzeba go pokonać. Jeśli tego nie zrobimy, nie doczekamy się – oznajmia Michalski – normalnych relacji z Rosją i państwa dobrobytu bez masochistycznego patriotyzmu. Uff, więcej na temat tego tekstu napisać się nie da, jeśli ktoś nie jest masochistą czytelniczym.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

